czwartek, 23 lipca 2015

Stosik na połowę wakacji

Witajcie!
Dziś przychodzę do Was ze stosikiem! Jestem z niego ogromnie zadowolona, zwłaszcza, że wszystkie książki są moją własnością i naprawdę pięknie prezentują się na moich półkach :)


Sherlock, Sherlock, teraz mam już uzbieraną całą serię!

Od góry książki Doyle'a:
1) "Powrót Sherlocka Holmesa"
2) "Pożegnalny ukłon"
3) "Wspomnienia Sherlocka Holmesa"
4) "Przygody Sherlocka Holmesa"
Wszystkie cztery kupione na ravelo.pl. Trochę ubolewam, że mam wymieszane dwa wydania, ale niestety zawiodłam się na wydawnictwie Rytm, które w serii Klasyka nie wydało wszystkich części Holmesa.
5) "Pies Baskerville'ów" - książka odkupiona od dobrych ludzi na facebooku :) Przeczytana, recenzja niebawem.

Na końcu urodzinowy prezent od współlokatorki:
6) Anthony Horowitz - "Dom jedwabny". Czyli Sherlock Holmes oczami innego autora. Czytałam już "Moriarty" tego autora i bardzo mi się podobało (recenzja), więc teraz także jestem bardzo pozytywnie nastawiona.



Reszta książek to gatunkowy misz-masz.

7) Eric-Emmanuel Schmitt - "Trucicielka i inne opowiadania". Kupione w Empiku, przeczytane, czeka, aż zabiorę się za recenzję.
8) Keri Smith - "To nie książka", czyli kontynuacja "Zniszcz ten dziennik". Prezent urodzinowy.
9) P.C. Cast i Kristin Cast - "Wyzwolona". Ostatni, dwunasty (!) tom serii "Dom Nocy". Kupiona w Matrasie kilka dni po premierze.
10) Tahereh Mafi - "Dar Julii". Trzeci, chyba najlepszy tom mojej ukochanej serii. Prezent urodzinowy od współlokatorki, przeczytany, czeka na recenzję.
11) Jane Austen - "Duma i uprzedzenie". Chyba każdy skorzystał z promocji w Biedronce, gdzie do kupienia była między innymi ta książka, prawda?
12) i 13) Rachel Van Dyken - "Utrata" i "Toxic". Dwa wspaniałe tomy serii "Zatraceni". Przeczytane, już nie mogę się doczekać kolejnego tomu, pokochałam szczerze ten cykl! "Utrata" jest urodzinowym prezentem od przyjaciółki, a "Toxic" kupiłam sama.
14) Stephen King - "Cmętarz zwieżąt", czyli moje pierwsze spotkanie z literaturą grozy Kinga. Przeczytane, recenzja napisana, niebawem pojawi się na blogu.
15) Charlotte Grieg - "Mistrzowie zbrodni" - biedronkowy zakup z promocji "Książki po 4,99".

Nic, tylko czytać!

niedziela, 5 lipca 2015

132. Agata Christie - "Dwanaście prac Herkulesa"


Wyd. Dolnośląskie, stron 319

Herkules Poirot postanawia zakończyć swoją karierę detektywa. Nie chce jednak ot tak odejść – stawia sobie za cel rozwiązanie dwunastu spraw, z których każda mogłaby być skojarzona  z jedną z dwunastu prac mitologicznego Herkulesa.

I tym oto sposobem wyruszamy razem z Poirotem w podróż, od „Lwa z Nemei” aż po „Pojmanie Cerbera”. Ten ponadczasowy detektyw rozprawia się ze złoczyńcami ukazując nam swój instynkt i talent do rozwiązywania skomplikowanych zagadek. Szukamy z nim porwanego psa oraz zaginionej pierwszej miłości. Demaskujemy przebiegłe oszustki wyłudzające pieniądze oraz ojca podtruwającego własne dziecko. „Dwanaście prac Herkulesa” to zbiór opowiadań połączonych ze sobą jedynie prologiem i tytułami – spokojnie można by więc czytać je w dowolnej kolejności.

Każdy, kto czytał choć jedną książkę Agaty Christie wie, że pisała ona dość specyficznie, stopniując napięcie przez całą powieść. Poirot jest bohaterem bardzo spokojnym, przez co nie mamy raczej okazji czytać mrożących krew w żyłach sensacyjnych fragmentów z jego udziałem. Notabene, gdybym miała wybierać, który z kultowych detektywów bardziej przypadł mi do gustu – Sherlock Holmes czy Herkules Poirot – zdecydowanie postawiłabym na Sherlocka; Poirota raczej nie obdarzyłam sympatią, wydał mi się wyniosły i nieco mdły. Poza tym często miałam wrażenie, że detektyw bierze rozwiązania zagadek „z powietrza”, na co może nie zwróciłabym uwagi, gdybym nie spędzała ostatnio tyle czasu nad książkami Doyle’a, który dokładnie opisywał cały proces dedukcji przeprowadzanych przez Holmesa.

Mimo wszystko muszę uznać jednak tę książkę Christie za udaną. Może i nie przebiła czytanego przeze mnie ostatnio „I nie było już nikogo”, ale i tak uważam, że jest godna polecenia.


Ocena: 4/6

***

Wreszcie skończyła się sesja!

czwartek, 21 maja 2015

131. Arthur Conan Doyle - "Znak czterech" [2]

z serii "Sherlock Holmes"


Wyd. Rytm, stron 141

Tym razem do Sherlocka Holmesa i doktora Watsona zgłasza się młoda Mary Morstan. Kobieta jest sierotą, która od momentu śmierci ojca corocznie otrzymuje przesyłkę z piękną, kosztowną perłą. Dodatkowo, tym razem otrzymała także list, w którym nadawca proponuje jej wyjawienie tajemnicy związanej ze śmiercią ojca. Mary, pełna obaw, prosi o pomoc w wyjaśnieniu zagadki detektywa i jego przyjaciela, którzy z chęcią angażują się w niezwykłą sprawę.

„Znak czterech” to drugi tom serii o Holmesie. Z tą serią jest tak, że w zasadzie nie trzeba czytać poszczególnych części po kolei, są one ze sobą raczej luźno powiązane.

Na początku tej króciutkiej książki poznajemy Holmesa od nieco innej strony – nie jako jedynego na świecie detektywa-konsultanta, ale jako znudzonego brakiem ciekawych zagadek faceta, który zabija nudę wstrzykując sobie, ku oburzeniu Watsona, siedmioprocentowy roztwór kokainy. Cóż, nikt nie mówił, że Sherlock Holmes jest do końca normalnym człowiekiem.

Szybko okazuje się jednak, że tajemnica panny Morstan może zastąpić mu narkotyk. Panowie postanawiają pomóc młodej kobiecie (zwłaszcza wyraźnie zauroczony nią John). A sprawa komplikuje się, gdy osoba mogąca pomóc w rozwiązaniu zagadki, zostaje znaleziona martwa.

W moim odczuciu „Znak czterech” był odrobinę mniej ciekawy niż poprzednie „Studium w szkarłacie”. Akcja nieco bardziej mi się dłużyła, generalnie czytało mi się ciężej. Nie oznacza to jednak, że książkę uważam za nudną. Sherlocka szczerze pokochałam, podziwiam jego genialny umysł i to, że zawsze jest daleko przed innymi, będąc w stanie zauważać to, czego żaden inny człowiek nie widzi.

Książka jest krótka, więc nie będę się nad nią rozwodzić, by nie zdradzić zbyt dużo. Tym razem nie ma już podziału na dwie części, wszystkie wydarzenia rozgrywają się „na bieżąco”. Główny bohater rozwiązuje zagadkę pokazując swój spryt i przebiegłość, oczywiście z pomocą Watsona, zaangażowanego w tę sprawę bardziej niż zwykle, ze względu na pewną słabość do Mary (swoją drogą, trochę ciężko było mi znieść książkową Mary po obejrzeniu serialu. Dwie różne kobiety ;)).

Polecam „Znak czterech” wszystkim fanom Sherlocka, powieści detektywistycznych i kryminałów. Książkę można przeczytać nie mając wcześniej w rękach „Studium w szkarłacie” – poszczególne tomy serii łączą w zasadzie tylko postacie głównych bohaterów, a tych zna przecież każdy :)


Ocena: 4/6

sobota, 2 maja 2015

130. James Frey & Nils Johnson-Shelton – „Endgame. Wezwanie” [1]

Z serii "Endgame"


Wyd. SQN, stron 512

W Ziemię uderza seria meteorytów. Giną tysiące ludzi, wszyscy są przerażeni i zdezorientowani. Wszyscy, poza dwunastoma Graczami, w wieku od 13 do 20 lat. W ich żyłach płynie krew starożytnych plemion. Oni wiedzą, co to oznacza. Od dziecka byli szkoleni, by stać się bezwzględnymi zabójcami i odpowiedzieć na Wezwanie, gdy nadejdzie pora.
A teraz wszystko się rozpoczyna.
Endgame.
Walka, by ocalić siebie i swój naród. By odnaleźć trzy klucze i wygrać.

„Ta książka to zagadka:
Na jej stronach znajdziesz wskazówki, które zaprowadzą cię do ukrytego gdzieś na tej planecie klucza.
Rozszyfrowuj, dekoduj, interpretuj.
Szukaj i znajduj.
Kto pierwszy odnajdzie klucz i włoży go do właściwego zamka,
otrzyma złoto.
Stosy, całe sterty starożytnego złota.”

Nie dla mnie złoto. ;) Ale o tym później.

„Endgame” dostałam od siostry po tym, jak opowiedziałam jej o istnieniu książki – konkursu  i zaraziłam swoją ciekawością. Gdy po raz pierwszy przekartkowałam książkę, zmarszczyłam czoło i zaczęłam się zastanawiać, czy cokolwiek zrozumiem. Pomiędzy rozdziałami pojawiały się dziwaczne obrazki, rysunki, symbole, a rozdziały nie były napisane… normalnie.

Gdy zaczęłam czytać okazało się jednak, że książka, wbrew pozorom, nie jest trudna w odbiorze, jest nawet wciągająca. Różne rozdziały są pisane z punktu widzenia różnych uczestników Endgame – raczej ciężko jest więc wskazać głównego bohatera (chociaż muszę przyznać, że do niektórych zaglądamy zdecydowanie częściej, niż do pozostałych). W „Wezwaniu” nie ma miejsca na romanse (yyy… prawie.), akcja jest skupiona na Grze. Z początku trochę gubiłam się, kto jest kim, szybko jednak oswoiłam się z bohaterami.

„Wezwanie” nie jest książką dla dzieci. Endgame jest brutalną grą, w której nie ma miejsca na litość i sentymenty. Opisy śmierci niejednokrotnie są drastyczne. Dzięki temu napięcie jest jeszcze większe – czytelnik boi się, co dalej będzie mu dane „zobaczyć”. Jednocześnie jednak nie sposób oderwać się od czytania, zwłaszcza, że nie wiemy, czy bohater, którego przed chwilą zdążyliśmy obdarzyć sympatią, nie zostanie stracony.

Może teraz kilka słów o samej zagadce. W każdym tomie szukamy jednego klucza, klucze są trzy, nietrudno więc się domyślić, ile tomów będzie liczyła seria. Rozwiążesz całą zagadkę? 3 miliony dolarów są Twoje!

Pełna zapału ruszyłam do szukania klucza ziemi. Wiecie, kolorowe karteczki, notatki, przeglądanie materiałów w Internecie, do których odsyłały przypisy… Poddałam się za połową. Im więcej tego było, tym mniej rozumiałam, a że dekoncentrowało mnie to dodatkowo przy czytaniu, to postanowiłam opuścić wyścig szczurów. Co nie zmienia faktu, że naprawdę jestem ogromnie ciekawa, jakie jest rozwiązanie!

Gorąco Was zachęcam do lektury „Endgame”. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni. Ponadto zachęcam też do zostania Graczem (i wytrwania dłużej, niż ja) – konkurs trwa do 7. Października 2016 lub do znalezienia pierwszego klucza i nie wymaga zakupienia książki. Polecam!


Ocena: 5/6

czwartek, 16 kwietnia 2015

129. John Green - "Gwiazd naszych wina"


Wyd. Bukowy Las, stron 312

Hazel ma szesnaście lat i nowotwór tarczycy z przerzutami na płuca. Jej choroba jest nieuleczalna, a eksperymentalne leczenie jedynie hamuje wzrost guzów. Dziewczyna uczestniczy w spotkaniach grupy wsparcia dla chorych nastolatków, gdzie poznaje Augustusa, intrygującego nastolatka z krzywym uśmiechem, ciągle trzymającego w ustach niezapalonego papierosa. Między Hazel i Gusem rodzi się uczucie – jednak czy los pozwoli im cieszyć się wzajemną miłością?

„Gdyby ona czuła się lepiej lub Pan gorzej, gwiazdy nie rozgniewałyby się tak okrutnie, ale taka jest natura gwiazd i Szekspir nigdy bardziej się nie mylił niż wtedy, kiedy kazał Kasjuszowi powiedzieć: „To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina”. Łatwo mówić, gdy jest się rzymskim legatem (albo Szekspirem!), ale nasze gwiazdy mają wiele win na sumieniu.”

Siedzę od kilku minut z włączonym edytorem tekstu i zastanawiam się, co mogę powiedzieć o książce, o której wszystko zostało już powiedziane. To z całą pewnością nie będzie długa recenzja. Bo cóż mogę dodać? Czy książka mnie zachwyciła? Tak. Czy jest piękna? Jak najbardziej! Czy łamie serce? Niestety…

Green napisał książkę, która mogłaby być pospolitym romansidłem, gdyby nie okoliczności, w jakich postawieni są bohaterowie. To całkowicie zmienia postać rzeczy i punkt widzenia czytelnika. A wiecie, co najbardziej urzekło mnie w „Gwiazd naszych wina”? Nie sama fabuła, która jest naprawdę piękna, nie bohaterowie, którzy są… po prostu normalni, ale to, w jaki sposób autor ukazał ich podejście do życia. Są całkowicie pogodzeni ze swoim losem, nie pogrążają się w zadumie, smutku, nie szukają winnych, ale czerpią z każdego dnia tyle, ile mogą. Śmieją się, żartują, mają dystans do siebie (i swojej choroby. Ale oni i ich choroba to jedno, więc…). Podczas gdy ja siedziałam i naprawdę głęboko przeżywałam to, co się dzieje („Kurcze, Hazel to taka fajna dziewczyna, dlaczego akurat ją to spotkało?!” itd.), oni nie popadali w depresję wyjąc z bólem „Dlaczego ja?”. To było naprawdę niesamowite.

Nie płakałam. Wszyscy płaczą, a ja nie płakałam. Może po części dlatego, że znałam zakończenie – w tym momencie chciałabym (nie)serdecznie pozdrowić osobę, która przygniotła mnie spoilerem zanim zdążyłam powiedzieć, że ma się zamknąć. Niemniej jednak myślę, że na filmie, który mam w planach teraz obejrzeć, jednak się rozkleję.

„- To niesprawiedliwe. – powiedziałam. - To cholernie niesprawiedliwe.
- Świat – zauważył – nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń. – A potem załamał się, tylko na moment (…).”

Będę polecała „Gwiazd naszych wina” każdej osobie, która tylko będzie miała ochotę mnie słuchać. Kawał dobrej roboty, panie Green.

Ocena: 6/6

piątek, 10 kwietnia 2015

128. Becca Fitzpatrick - "Finale" [4]

z serii "Szeptem"


wyd. Otwarte, stron 419

Przed Norą poważne zadanie – stanęła na czele rasy Nefilów i musi ocalić ich w wojnie z upadłymi aniołami. Jest jednak świadoma, że jeśli uda się jej pokonać przeciwników, razem z nimi do Piekła zesłany zostanie jej ukochany Patch. Dziewczyna próbuje znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, a pomagają jej w tym przyjaciele oraz sam Patch. Nora nie wie jednak, że wśród sprzymierzeńców jest zdrajca…

To już ostatni tom serii „Szeptem”. Między trzecim, a czwartym tomem miałam dość długą przerwę, więc z początku musiałam sobie przypomnieć podstawowe informacje o serii: kto-co-jak. Wystarczyła jednak recenzja „Ciszy” i już po kilku stronach byłam całkowicie pochłonięta książką.

„Finale” jest zdecydowanie lepszym tomem niż poprzedni. Dużo się dzieje, akcja gna do przodu, zbliżając się nieubłaganie do końca. Bardzo szybko rozgryzłam, kto jest zdrajcą; według mnie było to dość oczywiste. Dwa, może trzy razu autorce udało się mnie zaskoczyć, ale generalnie raczej domyślałam się, czego mam się spodziewać po następnych stronach. Byłam nieco rozczarowana tą przewidywalnością – cenię sobie, gdy książka jest zaskakująca i nieschematyczna. „Finale” nie spełniło tych warunków.

Muszę jednak przyznać, że powieść bardzo mnie wciągnęła – zaczęłam czytać przed południem, skończyłam późnym wieczorem tego samego dnia. Jednakże książki nie powinno się oceniać po tym, jak szybko się ją czytało, prawda?

Wydanie, podobnie jak w przypadku pozostałych tomów serii, jest bardzo ładne i dopracowane. We wnętrzu raczej nie znalazłam błędów. Okładka jest bardzo przyjemna, utrzymana w odcieniach szarości. Choć muszę przyznać, że chłopak przedstawiony na okładce wydaje mi się przesadnie „wyphotoshopowany”. ;)

Serię polecam fanom paranormal romance. Nie doszukujcie się jednak drugiego dna i życiowych prawd. To seria odpowiednia, gdy chce się poleniuchować z książką w ręku.


Ocena: 4+/6

wtorek, 7 kwietnia 2015

127. Anthony Horowitz - "Moriarty"


Dom Wydawniczy REBIS, stron 286

Sherlock Holmes i James Moriarty ponieśli śmierć walcząc ze sobą nad wodospadem Reichenbach. Teraz w Londynie pojawia się amerykański gang Clarence’a Devereux, którego metody działania są brutalniejsze i trudniejsze do odkrycia niż działalność Moriarty’ego. Do walki z nimi staje inspektor Scotland Yardu, Anthelney Jones, zafascynowany Sherlockiem Holmesem i naśladujący jego metody. Pomaga mu amerykański śledczy Frederick Chase. Mężczyźni szybko zaprzyjaźniają się ze sobą i – niczym Holmes i Watson – krok po kroku rozwiązują sprawę nowej szajki. Okazuje się jednak, że im bardziej angażują się w sprawę, tym staje się ona mroczniejsza i bardziej skomplikowana…

Bardzo rzadko zdarza mi się kupować książki krótko po premierze, zazwyczaj wolę poczekać na promocję. Zważywszy jednak na mój ostatni „sherlockowy szał”, gdy weszłam na Lubimy Czytać i portal był jedną wielką reklamą książki o tytule „Moriarty” (dla niewtajemniczonych: Moriarty to największy wróg Sherlocka), nie mogłam się powstrzymać. Weszłam na stronę księgarni i kupiłam tę prześliczną książkę (wciąż nie mogę się napatrzeć na okładkę. Niby nic, a jednak…).

Zaczęłam czytać od razu po dostarczeniu jej przez kuriera. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu, dużo podróżowałam między domem, a miastem, w którym studiuję, a nie chciałam wozić jej ze sobą, by nie uszkodzić pięknej okładki. Dlatego też czytanie szło bardzo powoli. Cóż, przynajmniej wystarczyło na dłużej.

Styl autora bardzo przypomina ten znany z powieści Doyle’a. Pan Horowitz świetnie wczuł się w atmosferę ówczesnego Londynu, opisując nam historię człowieka, którego wykreował autor oryginalnego Holmesa – inspektor Jones faktycznie pojawił się w jednej z opowieści o Sherlocku, gdzie został jednak ukazany w niezbyt korzystnym świetle. Jones jest fanem detektywa-konsultanta i po jego śmierci nad wodospadem Reichenbach marzy o tym, by zająć jego miejsce. Okoliczności są sprzyjające – udało mu się niemalże do perfekcji opanować sztukę dedukcji, łamania szyfrów i wielu, wielu innych umiejętności, które posiadał jego idol. Ponadto pojawił się Chase, idealnie wpasowujący się w postać Johna Watsona! Jones zaczyna snuć rozległe plany dotyczące ich współpracy… co z tego wyjdzie?

Sama zagadka jest skomplikowana i również bardzo „doyle’owska”. Co prawda czytałam dopiero dwie książki Doyle’a, ale i tak stwierdzam, że Anthony Horowitz stanął na wysokości zadania. Tempo akcji jest mniej więcej podobne jak w ostatnio czytanym przeze mnie „Znaku czterech”. Jedyna - i zdecydowanie największa – różnica pomiędzy twórczościami tych autorów znajduje się w zakończeniu. Doyle nie uraczył mnie póki co aż takim zwrotem akcji. Nie sprawił, że otworzyłam ze zdziwienia usta i czytałam jeden akapit co najmniej trzy razy, by upewnić się, że to naprawdę się wydarzyło. Chociażby dla tego zakończenia warto przeczytać tę książkę. Ja w dalszym ciągu nie mogę wyjść z podziwu i, szczerze mówiąc, jestem trochę zła na autora, bo podczas czytania wyobraziłam sobie zupełnie inny koniec, który… Dobra, to chyba czas, żeby skończyć paplanie o zakończeniu. ;)

Narratorem jest Chase, który – podobnie jak doktor Watson – opisuje dzieje swoje i Jonesa. Sam niejednokrotnie w powieści porównuje się do przyjaciela Holmesa, a my czytając, faktycznie możemy dostrzec między nimi mnóstwo podobieństw.

Podobieństw między Jonesem a Holmesem raczej nie ma, oczywiście poza samymi metodami rozwiązywania zagadek kryminalnych i umiejętnością skanowania wszystkiego i wszystkich dookoła. Jones jest bardziej ludzki, jest otwarty na przyjaźń, ma żonę i dziecko, za których jest w stanie oddać życie. No i nie ładuje w siebie różnych siedmioprocentowych roztworów. :)

 „Moriarty” to świetna książka. Od razu uprzedzam, że aby ją przeczytać i zrozumieć, nie trzeba znać twórczości Doyle’a. Polecam głównie fanom powieści detektywistycznych i kryminałów. Sama z chęcią rozejrzę się za „Domem jedwabnym” czyli inną książką Horowitza, opisującą przygody Sherlocka Holmesa i Johna Watsona.


Ocena: 5/6

piątek, 3 kwietnia 2015

Stosik kwietniowo - wielkanocny

Witam Was cieplutko w ten zimny dzień!

Ostatnimi czasy na mojej półce pojawiło się kilka nowych książek, więc czas najwyższy na stosik :)

Tak więc od góry:
1) Keri Smith - "Zniszcz ten dziennik", czyli książka, o której wspominałam Wam w poprzednim poście. Link do fotorelacji [KLIK].
2) Bree Despain - "Podarunek śmierci". To już trzeci tom serii, a ja ciągle nie czytałam drugiego :p Zakupione na outlecie w Ravelo.
3) Carrie Vaughn - "Wakacyjne noce Kitty". Również trzeci tom, dwa poprzednie czytałam dość dawno temu. Ravelo.
4) i 5) L.J. Smith - "Pamiętniki wampirów. Księga 3. Dusze cieni" oraz "Pamiętniki wampirów. Księga 4. Północ". Znalazłam bardzo tanią księgarnię w Toruniu i kupiłam te dwa tomy za 20 złotych.


6) Carlos Ruiz Zafón - "Światła września". Uwielbiam tego autora, a już wieki nie czytałam jego książek! Ravelo.
7) Agata Christie - "Tajemnica siedmiu zegarów". Kontynuuję swoją przygodę z Christie. Ravelo, outlet.
8) Stieg Larsson - "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" część 1. Już przeczytana. Niestety mam tylko pierwszą część, którą kupiłam na pchlim targu w moim rodzinnym Inowrocławiu za okrągłe 5 złotych :)
9) Paul Christopher - "Według Lucyfera". Bliżej niezidentyfikowana powieść, którą znalazłam na strychu szukając Dialogów platońskich :)
10) John Green - "Gwiazd naszych wina". Kupiłam przyjaciółce na Gwiazdkę, a teraz pożyczyłam od niej, by w końcu poznać fenomen tej książki.
11) Arthur Conan Doyle - "Dolina trwogi". Sherlocka ciąg dalszy! Ravelo.
12) Arthur Conan Doyle - "Zagadki Sherlocka Holmesa". Również Ravelo.
13) Anthony Horowitz - "Moriarty". Książka, która sprawiła mi ostatnio zdecydowanie największą radość! Bo nic co sherlockowe nie może być mi obce. I jeszcze ta okładka... Ravelo.

I to na tyle! Baardzo uszczupliłam swoje oszczędności w ostatnim czasie, więc chyba pora przystopować. Ale to takie trudne...

niedziela, 29 marca 2015

Destrukcja ;)

Upierałam się, że nigdy tego nie zrobię. Twierdziłam, że to beznadziejny pomysł, strata czasu i pieniędzy, kicz i tani (nie taki tani?) chwyt marketingowy.

A później poszłam do sklepu i kupiłam go.

"Zniszcz ten dziennik"

Destrukcja trwa. Postanowiłam trochę ją udokumentować, ale po głębszym zastanowieniu zrezygnowałam z pomysłu zasypywania bloga dziesiątkami postów z kolejnych etapów niszczenia dziennika.

Zapraszam za to każdego, kto jest ciekawy, jakie pomysły przychodzą mi do głowy (sama jestem nimi czasem przerażona) na stronę os-meus-libros na facebooku (KLIK!), gdzie utworzyłam folder, w którym będą pojawiały się zdjęcia.

Pozdrawiam!

wtorek, 24 marca 2015

126. J.R. Ward - "Mroczny kochanek" [1]

z serii "Bractwo Czarnego Sztyletu"


Wyd. Videograf II, stron 414

Ghrom – „szef” Bractwa Czarnego Sztyletu mającego ochraniać rasę wampirów przed pragnącymi ich śmierci Reduktorami, musi wykonać ostatnią wolę swojego zmarłego przyjaciela i pomóc przejść przemianę jego córce, Beth. Beth jest przerażona, gdy poznaje prawdę o świecie nieumartych, mimo to postanawia zaufać gburowatemu i niebezpiecznemu Ghromowi, zwłaszcza, że pomiędzy nimi od razu pojawia się niezwykła chemia… Tymczasem Korporacja Reduktorów robi wszystko, by pokonać Ghroma, a pojawienie się w jego życiu Beth wydaje się być ku temu idealną okazją.

Od razu muszę powiedzieć, że do tej książki podeszłam z dużą rezerwą. Kolejna książka o wampirach, na tylniej okładce opis, który nasunął mi na myśl połączenie erotyka z romansem… Nie przepadam za takimi książkami, więc nie spodziewałam się po „Mrocznym kochanku” niczego szczególnego. Jak oceniam książkę po jej przeczytaniu?

Książka rozpoczyna się przydatnym słowniczkiem, bez przeczytania którego czytelnik może się trochę pogubić. Dowiadujemy się między innymi, czym jest Bractwo Czarnego Sztyletu, czym różni się broniec o juchacza, czy też kim jest Pani Kronik. Okazuje się, że wampiry nie żywią się ludźmi, piją krew innych wampirów, a przemieniają się około 25. roku życia, samoistnie – czyli wampirem trzeba się urodzić. Uff, możemy trochę odpocząć od powszechnej wizji wampiryzmu.

Nie będę ukrywać, że na pierwszym miejscu wyeksponowany jest romans. Choć na początku odniosłam wrażenie, że związek Ghroma i Beth opiera się wyłącznie na seksie, to później autorka trochę pogłębiła tę relację, przez co stała się ona łatwiejsza do przetrawienia. Póki jesteśmy przy romansie… Scen erotycznych jest sporo. Są opisane szczegółowo, ale nie wulgarnie, wiec również czyta się nieźle. Szczerze mówiąc obawiałam się, że będzie ich o wiele więcej, więc tu jestem pozytywnie zaskoczona – bo w końcu co za dużo, to nie zdrowo.

Podobało mi się, w jaki sposób ukazana została relacja pomiędzy członkami bractwa. Ze scen, w których uczestniczą, aż kipi testosteron. Ich rozmowy się genialne, takie… męskie. Dokuczają sobie, żartują, zachowując się przy tym jak typowe samce, które znaczą swój teren i prężą muskuły. W momencie zagrożenia jednak momentalnie się jednoczą i są w stanie poświęcić życie dla innego brata. Ten wątek jest wspaniały i dzięki niemu książka naprawdę dużo zyskuje.

Język nie należy do zbyt wyszukanych, jest raczej swobodny. Czasem irytowało mnie, jak Ghrom próbował archaizować – niezbyt pasowało to do całości. Ponadto w dialogach – zwłaszcza w wypowiedziach mężczyzn – pojawiało się sporo wulgaryzmów. Z początku mi to przeszkadzało, później zwyczajnie przywykłam.

„Bractwo Czarnego Sztyletu” składa się z co najmniej dziesięciu tomów. Mam do nich łatwy dostęp, więc pewnie przeczytam – tom pierwszy nie był na tyle zły, bym od razu przekreślała resztę. Co nie zmienia faktu, że gdybym otwierając książkę miała większe wymagania, pewnie okropnie bym się zawiodła.

Polecam głównie fanom paranormal romance oraz opowieści o wampirach, lecz zaznaczam, że możecie poczuć się zawiedzeni – wszystko tak naprawdę zależy od Waszego gustu.


Ocena: 3+/6

sobota, 7 marca 2015

125. Agata Christie - "I nie było już nikogo"


Wyd. Dolnośląskie, stron 216


„Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało.
Nagle jeden się zakrztusił - i dziewięciu pozostało.

Tych dziewięciu żołnierzyków tak wieczorem balowało,
Że aż rano jeden zaspał - ośmiu tylko pozostało.

Ośmiu dziarskich żołnierzyków po Devonie wędrowało.
Jeden zostać chciał na zawsze... No i właśnie tak się stało.

Siedmiu żołnierzyków zimą do kominka drwa rąbało.
Jeden zaciął się siekierą - sześciu tylko pozostało.

Sześciu wkrótce znęcił miodek. Gdy go z ula podbierali,
Pszczoła ukuła jednego - i tylko w piątkę zostali.

Pięciu sprytnych żołnierzyków w prawie robić chce karierę.
Jeden już przymierzył togę - i zostało tylko czterech.

Czterech dzielnych żołnierzyków raz po morzu żeglowało.
Gdy wychynął śledź czerwony, zjadł jednego - trzech zostało.

Trójka miłych żołnierzyków Zoo sobie raz zwiedzała.
Gdy jednego ścisnął niedźwiedź, dwójka tylko pozostała.

Dwóch się w słonku wygrzewało pod błękitnym czystym niebem,
Ale słońce tak przypiekło, że pozostał tylko jeden.

A ten jeden, ten ostatni, tak się przejął dolą srogą,
Że aż z żalu się powiesił i nie było już nikogo.”

„I nie było już nikogo” A. Christie

Dziesięć niepowiązanych ze sobą osób zostaje zaproszonych na kilka dni na tak zwaną Wyspę Żołnierzyków. Ludzi ci nie znają się wzajemnie i, jak się później okazuje, nie znają także gospodarza, który ostatecznie nie pojawił się na odciętej od świata wyspie. Już pierwszego wieczoru zdarza się wypadek – jeden z gości ku przerażeniu reszty krztusi się i umiera. Jednakże rano okazuje się, że było to zwyczajne morderstwo, wzorowane na wierszyku dla dzieci, który jest umieszczony w każdej sypialni w willi – a dowodem jest kolejna śmierć, tym razem służącej, która zostaje znaleziona martwa we własnym łóżku…
Od tego momentu bohaterowie rozpoczynają walkę o przetrwanie, by nie stać się jednym z dziesięciu żołnierzyków, skazanych na śmierć przez podpisanego na zaproszeniach U.N.Owena. Tylko czy są w stanie wygrać walkę z przeznaczeniem?

Strasznie długo „polowałam” na tę książkę! Jakimś cudem nie było jej w mojej bibliotece, a do zakupu nigdy nie było mi spieszno, bo nie mogłam trafić na żadną godną uwagi promocję. O książce słyszałam dużo, jako dzieciak grałam w świetną grę na podstawie tej powieści Christie i naprawdę byłam ciekawa oryginału. I w końcu dostałam ją w swoje ręce – „I nie było już nikogo” znalazłam pod choinką.

Z początku byłam przerażona – okazało się, że zamiast książki dostałam audiobook. Raz w życiu próbowałam bratać się z audiobookami – to było „Przedwiośnie” Żeromskiego – i zakończyło się to sięgnięciem po papierową wersję i ciśnięciem płyty z lekturą w kąt. Ale teraz postanowiłam spróbować jeszcze raz, w końcu bardzo mi zależało, żeby zapoznać się z tą historią. To była świetna decyzja! Utwór słuchało mi się bardzo dobrze, mogłam „czytać” robiąc jednocześnie inne rzeczy. Co prawda za nic nie zamieniłabym kartek na płytę, ale na pewno nie będę z góry mówić „nie” takiej formie lektury.

Co się tyczy samej fabuły – Christie ani trochę mnie nie zawiodła. Bardzo lubię jej kryminały, ale ten zdecydowanie stał się moim ulubionym. Świetnie wykreowana zagadka, napięcie i ta niepewność, kto jest tym złym… Zwłaszcza, że w tej powieści nie ma Poirota, ani innego genialnego detektywa, który w mig rozwiązałby zagadkę. Mordercą jest któryś z dziesiątki gości przebywających na wyspie. Który? Dobre pytanie.

„I nie było już nikogo” polecam nie tylko fanom kryminałów. To ciekawa i bardzo dobrze napisana książka, więc naprawdę warto się z nią zapoznać :)

Ocena: 5/6

wtorek, 3 marca 2015

124. John Marsden - „Jutro 5. Gorączka” [5]

z serii "Jutro"


Wyd. Znak, stron 267

Ellie, Fi, Homer, Lee i Kevin znów przebywają w Piekle. Po ostatniej porażce pogrążyli się w nostalgii, czują się porzuceni i niedocenieni. Nie wiedzą, co powinni teraz robić, jakie działania podjąć ani jak spróbować pokonać wrogie wojska. W końcu postanawiają opuścić bezpieczną kryjówkę w górach tylko po to, by odnaleźć rodziców i móc choć przez chwilę na nich popatrzeć. Los ma jednak inne plany…

Jeden dzień. Tyle czasu potrzebowałam, by przebrnąć przez piąty tom tej świetnej serii. W ciągu tego jednego dnia znów przeniosłam się do okupowanej Australii i próbowałam razem z bohaterami odnaleźć sposób na to, by przetrwać, niszcząc przy tym to, co jest najcenniejsze dla wroga. Razem z nimi przeżywałam chwile grozy, smutku, nieliczne i krótkie momenty, gdy stawali się radośni i odprężeni.

Autor póki co spisuje się na medal. Świetne pomysły nie kończą się, wszystko, o czym pisze jest realne i zdawać by się mogło, że faktycznie miało miejsce podczas wojny w Australii. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że jakaś sytuacja mogła być przesadzona i umieszczona w akcji na siłę.

Oczywiście pan Marsden nie skupił się jedynie na działaniach wojennych. Czytelnik poznaje także uczucia bohaterów, czyta o ich rozterkach, nie tylko tych związanych z tym, czy wojna pozbawiła ich człowieczeństwa, ale także o z pozoru błahych problemach, jak na przykład ich nastoletnie miłości. Dzięki temu można odpocząć od wojny i planów sabotażu.

Wydanie może i nie jest tak idealne, jak poprzednie: spotykałam się zarówno z błędami literowymi, jak i złą interpunkcją. Są to jednak błędy nieliczne, które nie przeszkadzają w lekturze, a na pewno zostały poprawione w późniejszych wydaniach.

Okładka też nieco różni się od tych, do których przyzwyczaiłam się czytając poprzednie tomy. Zazwyczaj przedstawiały one daleki krajobraz i jedynie cienie bohaterów. „Jutro 5” ma okładkę zupełnie inną – nastolatka siedząca na ulicy, oparta o mur jakiegoś budynku. Jest zamyślona i przygnębiona. Czyżby była to Ellie?


Ocena: 5/6

sobota, 28 lutego 2015

123. Katarzyna Gubała – „Faceci z sieci”


wyd. Czarna Owca, stron 328

Karolina ma 30 lat i zdecydowanie nie chce już być singielką. Postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć faceta. Nie byle jakiego – nie chce łajdaka, pijaka ani gbura – analizuje więc swoje poprzednie związki i tworzy sylwetkę mężczyzny idealnego. I właśnie kogoś takiego postanawia znaleźć. W Internecie. Bo czy trzydziestolatka ma jeszcze okazję znaleźć miłość gdzieś indziej?
Czy Karolina ma szansę odnaleźć mężczyznę spełniającego postawione przez nią kryteria? Czy istnieją faceci idealni? Kim są ludzie ukryci pod fałszywymi nickami na portalach randkowych?

„Faceci w sieci, czyli w poszukiwaniu miłości”… Ani tytuł, ani okładka, ani gatunek nie są w moim guście. Sama z siebie zapewne po takie romansidło bym nie sięgnęła, ale książkę dostałam w prezencie, a darowanemu koniowi się w zęby nie patrzy. Z braku ciekawszych egzemplarzy na półce postanowiłam w końcu dać szansę także i „Facetom z sieci”. Czy było warto?

Katarzyna Gubała jest trzydziestosześcioletnią dziennikarką, a ta książka była jej literackim debiutem. Podejrzewam, że do napisania powieści mógł skłonić ją portal porywyserca.pl, który prowadzi, jeśli wierzyć informacjom na jej temat z okładki (nie sprawdzałam, zachęcam do badań :)). Bynajmniej taką właśnie formę przyjmuje książka – przynajmniej po części. Rozmowy anonimowych osób na portalu randkowym. Oczywiście pojawiają się też obszerne fragmenty narracyjne, gdzie Karolina opowiada o swoich przemyśleniach i spotkaniach z amantami poznanymi przez Internet. Generalnie książka ma nieco nietypową formę. Na początku Karolina dokonuje generalnej inwentaryzacji swoich przeżyć oraz obszernie opisuje typ człowieka, którego chce poznać (i pokochać). Następnie tworzy swój profil, czyli profil Szarlotki. A później pojawiają się kolejne profile facetów, którzy zdecydowali się do niej napisać oraz to, jak nowa znajomość się potoczyła. I w końcu, po każdym takim „rozdziale” pojawiają się wnioski.

Możecie się oczywiście domyśleć, że książka nie jest szczególnie głęboka. Choć Karolina wygłasza wiele życiowych prawd, to nie można jej jednak porównywać z bohaterami książek, które czasem potrafią naprawdę wpłynąć na nasze życie i zmusić nas do rozległych refleksji. Z „Facetami z sieci” można się jednak świetnie bawić, ludzie, których poznaje Karolina są dość nietypowi, ale realni – tacy faceci rzeczywiście mogą poruszać się po świecie :p Często się śmiałam z przygód zdeterminowanej bohaterki, można powiedzieć, że nawet ją polubiłam.

Okładka jest zwyczajna i prosta, czcionka jest czytelna (ech, musicie przyznać, że czasami wydawcy drukowaliby literkę na literce, gdyby tylko mogli). Muszę przyznać, że tekst jest naprawdę dopracowany (graficznie): rozmowy internetowe są pisane pochyłą czcionką, każdy rozdział ma wytłuszczony tytuł, pogrubione są także nicki bohaterów. Bardzo łatwo jest się więc połapać w tej nieco zwariowanej lekturze. Może nieco przesadnie rozwodzę się nad pięknem wydania, ale ostatnio czytałam książkę, gdzie nie można było odróżnić dialogu od narracji, więc teraz doceniam to, co mam.

Podsumowując moją chaotyczną recenzję (sama się w niej gubię :D), nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Bardzo mnie rozweseliła i odprężyła. Cieszę się, że jest na mojej półce – będę mogła ją przejrzeć, gdy będę miała gorszy dzień.

Polecam osobom szukającym lekkiej, niezbyt ambitnej lektury.


Ocena: 5/6

wtorek, 24 lutego 2015

122. Harlan Coben – „Zostań przy mnie”


Wyd. Albatros, stron 464

Megan ma męża i dwójkę nastoletnich dzieci i zdaje się być szczęśliwa. Ray jest byłym fotoreporterem, obecnie nieco żałosnym paparazzi, który przegrał swoje życie. Nie łączy ich nic poza wspólną przeszłością. I tajemnicą, która z dnia na dzień, po siedemnastu latach,  zaczyna wypływać na światło dzienne. Policja nie spocznie, dopóki nie odkryje prawdy. Trzeba więc porzucić swoje życie – mniej lub bardziej udane – i jej pomóc. To chyba jedyne wyjście. Ale czy właściwe?

„Zostań przy mnie” to pierwsza książka Harlana Cobena, którą przeczytałam. Z początku trochę mi się dłużyła, niezbyt nadążałam za tym, kto jest kim. Jakiś paparazzi zrobił zdjęcia, po czym ktoś go napadł i zabrał mu aparat. Jakaś babka ma kochającą rodzinę, ale trochę jej się to znudziło, więc skrycie marzy, by wrócić do dawnego życia tancerki erotycznej. Jest też policjant, który próbuje rozwiązać sprawę zaginięcia faceta sprzed siedemnastu lat. Na dokładkę pojawiła się nowa ofiara – jedna, dwie, czternaście… Dopiero później, w trakcie trwania książki okazuje się, że wszystkie postaci są ze sobą mniej lub bardziej powiązane. Nie mówię, że to zły zabieg, w żadnym wypadku. Można by nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Ale trochę ciężko było mi się w tym połapać, co sprawiało, że początek czytało mi się naprawdę wolno.

A później akcja się rozkręciła. Może nie do takiego szaleńczego tempa, żebym nie mogła nadążyć z przewracaniem stron, ale i tak chętnie brałam książkę do ręki, by kontynuować czytanie. Oczywiście źle obstawiłam, kto jest seryjnym zabójcą. Autor wprowadził mnie w błąd, nie jeden raz zresztą. To bardzo częsty zabieg w thrillerach i kryminałach, sami zresztą najlepiej zdajecie sobie z tego sprawę. Nie mniej jednak zakończenie mnie zaskoczyło i, o dziwo, rozumiałam motywy zabójcy…

Z samymi bohaterami raczej się nie zżyłam. Są tacy… no, nie przypadli mi do gustu. Nie potrafili docenić tego co mieli, żyli przeszłością. Gdybym miała wskazać bohatera, którego polubiłam najbardziej, zapewne byłby to detektyw Broome, który był nad wyraz wyrozumiały i ciepły. Dzięki tym cechom udało mu się rozwiązać zagadkę, potrafił wzbudzać zaufanie wśród ludzi, przez co chętnie mu pomagali i wspierali go w pracy. Tak, Broome jako jedyny zasługuje tu w mojej opinii na wyróżnienie.

„Zostań przy mnie” nie jest najlepszym thrillerem, jaki do tej pory czytałam, ale nie żałuję, że po niego sięgnęłam. Myślę, że w ostatecznym rozrachunku warto polecić Wam tę książkę.


Ocena: 4/6

sobota, 31 stycznia 2015

121. Mats Strandberg, Sara B. Elfgren - "Ogień" [2]

z serii "Krąg"


Wyd. Czarna Owca, stron 696

Druga część opowieści o grupie nastoletnich Wybrańców z Engelsfors. Ida, Minoo, Anna-Karin, Vanessa i Linnéa rozpoczynają kolejny rok w liceum. Wiedzą jednak, że nie będzie to zwyczajny okres w ich życiu: mają teraz świadomość swoich mocy, wiedzą, że będą musiały stawić czoła demonom i zapobiec apokalipsie. Muszą połączyć siły, choć nie darzą się sympatią…
A w Engelsfors tworzy się dziwna organizacja o wdzięcznej nazwie „Pozytywne Engelsfors”, która zaczyna zmieniać mieszkańców miasta  nie do poznania.
Czym tak naprawdę jest PE? Czy dziewczynom uda się porozumieć na tyle, by potrafiły ze sobą współpracować? Kto okaże się być ich największym wrogiem?

Na „Ogień” czekałam z niecierpliwością, ale ze względu na maturę odkładałam wizyty w bibliotece na dalszy plan. Na szczęście zaraz po egzaminach odwiedziłam najsympatyczniejszą bibliotekarkę na świecie i od razu odnalazłam na półce to ogromne tomisko, z którym wiązałam tak duże nadzieje. Czy było warto czekać?

Warto. Drugi tom spełnił moje oczekiwania. Akcja znacząco posunęła się do przodu, pojawiło się jednak także wiele nowych niewiadomych. Bohaterowie zmieniają się, dorastają. Autorzy stopniują napięcie, ciągle coś się dzieje, pod koniec następuje punkt kulminacyjny, dowiadujemy się, kto jest „tym złym”, a wydarzenia są dość nieoczekiwane i zaskakują czytelnika w zupełności. Nietrudno tu uronić łezkę.

Po przeczytaniu pierwszego tomu serii czuć było niedosyt, podobnie jest tutaj. „Ogień” nie zostaje zgaszony, wciąż jest się śmiertelnie ciekawym, co dalej. Nic, tylko szukać trzeciej części!

Wydanie jest niemalże identyczne jak w przypadku „Kręgu”. Czyta się łatwo dzięki przejrzystej czcionce. Czytelnik nie zdaje sobie sprawy, kiedy pochłania te niemalże  700 stron.

Polecam wszystkim, których choć trochę zainteresował pierwszy tom. Nie zawiedziecie się!


Ocena: 5/6

***

Wychodzę. Wracam po sesji. Jak przetrwam.

piątek, 9 stycznia 2015

120. Krystyna Kuhn - "Katastrofa" [2]

z serii "Dolina"


Wyd. TELBIT, stron 295

Studenci Grace dochodzą do siebie po rozwikłaniu zagadki śmierci swojej koleżanki i postanawiają znaleźć odpowiedź na inne dręczące ich pytanie: co stało się z zaginioną przed laty grupą studentów, która wybrała się w góry? Zbierają więc ekwipunek, kompletują zespół i… uciekają ze szkoły by wspiąć się na masyw Ghost i odkryć tajemnicę sprzed lat. Razem z nimi wyrusza tajemniczy Paul Forster, podający się za syna jednego z wykładowców na Grace. I choć grupa z początku patrzy na niego z dystansem, to po czasie dostrzegają w nim pomocnego, choć nieco dziwnego kolegę i w pełni go akceptują. Już wkrótce okazuje się, że zdobycie szczytu Ghost nie jest prostym zadaniem…
Co stało się ze studentami przed laty? Kim jest Paul? Jakie niebezpieczeństwa czyhają na wędrowców na górze Ghost?

„Katastrofa” to drugi tom serii thrillerów dla młodzieży „Dolina”. Pierwszy bardzo mnie wciągnął i choć miałam zastrzeżenia co do stylu autorki oraz stworzonych przez nią bohaterów, to jednak akcja wciągnęła mnie na tyle, bym z zapartym tchem sięgnęła po tom drugi.

I, cóż, akcja znów mnie nie zawiodła. Choć bohaterowie nadal są, brzydko mówiąc, wrzodami na tyłku, a autorka posługuje się prymitywnym językiem (warto tu wspomnieć także o zwiększeniu się liczby wulgaryzmów), to jednak dużo się dzieje i nie chce się przestać czytać. Pojawia się tajemniczy bohater, którego ciężko rozgryźć i który odgrywa bardzo istotną rolę w zakończeniu. Samo zakończenie może wywołać gęsią skórkę u niejednego czytelnika. Na szczęście główną bohaterką nie jest już Julia – miło w końcu od niej odpocząć. Zastępuje ją Katie, dziewczyna skrywająca równie mroczne tajemnice, zdeterminowana, może także trochę niezrównoważona. Raczej nie udało jej się zdobyć mojej sympatii.

Technicznie jest o wiele gorzej niż w pierwszym tomie. Znalazłam dużo błędów językowych i interpunkcyjnych. Czasem musiałam się domyślać, gdzie kończy się dialog, a zaczyna narracja. Okładka również nie należy do najciekawszych. Pomimo tego jednak bardzo chętnie przeczytałabym kolejny tom. Niestety nie został on przetłumaczony i prawdopodobnie już to nie nastąpi, a nie mam szans na przeczytanie oryginału, ponieważ mój niemiecki, mówiąc potocznie, leży i kwiczy.

Ciężko mi stwierdzić, czy seria jest warta polecenia, czy nie. Mi się podobała, nawet pomimo wszystkich swoich wad. Jak na thriller młodzieżowy, jest całkiem całkiem – i nie mówi tego nastolatka. Ostateczną decyzję pozostawiam Wam.


Ocena: 4-/6

poniedziałek, 5 stycznia 2015

119. P.C. Cast i Kristin Cast - "Ujawniona" [11]

z serii "Dom Nocy"


Wyd. Książnica, stron 296

Neferet została zdemaskowana i zniszczona. Nikt jednak nie wierzy w to, że Nieśmiertelna nie znajdzie sposobu na dokonanie zemsty. Dom Nocy cały czas jest w niebezpieczeństwie, zwłaszcza, gdy ginie burmistrz, a o jego śmierć posądza się właśnie wampiry zamieszkujące szkołę.
Na Zoey Redbird ciąży teraz wielka odpowiedzialność. Rozdarta uczuciowo pomiędzy Starkiem a Auroxem/Heathem, zatroskana o losy swoich przyjaciół, adeptów i czerwonej rasy wampirów i opuszczona przez Najwyższą Radę, staje się tykającą bombą, która w każdej chwili może wybuchnąć. A uporządkowanie swojego życia i próby ocalenia Domu Nocy zdają się być ponad jej siły…

Już prawie koniec.

To słowa, które nasuwają mi się jako pierwsze po skończeniu lektury. Ciężko mi uwierzyć w to, że przeczytałam już jedenaście tomów, a pomimo to mam siłę czekać na następny. O dziwo, po raz pierwszy od dawna, na następny tom przychodzi mi czekać z niecierpliwością. Z przykrością muszę stwierdzić, że Dom Nocy stracił swój urok już w okolicach piątego-szóstego tomu. Dlatego naprawdę pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że „Ujawniona” naprawdę mi się spodobała. Nie chcę, żebyście w tym momencie pomyśleli, że jest to niezwykle wspaniała część, dorównująca pierwszym tomom. Nie, tak nie jest. Ale z całą pewnością jest o niebo lepsza od części poprzednich, przy których nietrudno było się znudzić i które często nie zachęcały do przewracania kolejnych kartek.

W jedenastym tomie zaczyna być wyczuwalne napięcie związane z zakończeniem. Co prawda praktycznie żaden wątek nie zostaje rozwiązany, ale wśród bohaterów wyczuwa się poruszenie, które musi się zakończyć rozwiązaniem akcji. Tego nie da się dalej ciągnąć. W następnej książce wszystko się wyjaśni.

Nie chcę się rozwodzić nad fabułą. Nie chcę pisać spoilerów, choć i tak nie da się ich uniknąć – a opis książki napisałam i tak bardzo ogólnikowo. Chcę Wam jednak pokazać, że naprawdę da się przebrnąć przez tą serię, i choć jestem pewna, że każdy z Was w pewnym momencie (prędzej czy później) miałby jej dosyć, to jednak w końcu pojawia się światełko sugerujące, że zakończenie może się okazać jednym z nielicznych plusów tej serii.

Pierwsze tomy wrzuciłam na portalu lubimyczytac.pl na półkę „Ulubione”. Od pewnego czasu już tego nie robię – byłoby to okropne kłamstwo, zwłaszcza, że zdarzały się momenty, gdy rzucałam którąś część w kąt i wracałam do niej po kilku tygodniach. „Ujawniona” również nie została dodana na tę półkę. Mimo wszystko jednak nadal jestem pozytywnie zaskoczona. I ciekawa ostatniego, dwunastego tomu.

Powstrzymam się od polecania Wam tej serii. Decyzji o tym, czy sięgnie się po jakąś książkę, nie podejmuje się przy okazji czytania recenzji jedenastego tomu. Ja, w ostatecznym rozrachunku, raczej nie żałuję, że rozpoczęłam przygodę z „Domem Nocy”.

Ocena: 3+/6
>