niedziela, 29 marca 2015

Destrukcja ;)

Upierałam się, że nigdy tego nie zrobię. Twierdziłam, że to beznadziejny pomysł, strata czasu i pieniędzy, kicz i tani (nie taki tani?) chwyt marketingowy.

A później poszłam do sklepu i kupiłam go.

"Zniszcz ten dziennik"

Destrukcja trwa. Postanowiłam trochę ją udokumentować, ale po głębszym zastanowieniu zrezygnowałam z pomysłu zasypywania bloga dziesiątkami postów z kolejnych etapów niszczenia dziennika.

Zapraszam za to każdego, kto jest ciekawy, jakie pomysły przychodzą mi do głowy (sama jestem nimi czasem przerażona) na stronę os-meus-libros na facebooku (KLIK!), gdzie utworzyłam folder, w którym będą pojawiały się zdjęcia.

Pozdrawiam!

wtorek, 24 marca 2015

126. J.R. Ward - "Mroczny kochanek" [1]

z serii "Bractwo Czarnego Sztyletu"


Wyd. Videograf II, stron 414

Ghrom – „szef” Bractwa Czarnego Sztyletu mającego ochraniać rasę wampirów przed pragnącymi ich śmierci Reduktorami, musi wykonać ostatnią wolę swojego zmarłego przyjaciela i pomóc przejść przemianę jego córce, Beth. Beth jest przerażona, gdy poznaje prawdę o świecie nieumartych, mimo to postanawia zaufać gburowatemu i niebezpiecznemu Ghromowi, zwłaszcza, że pomiędzy nimi od razu pojawia się niezwykła chemia… Tymczasem Korporacja Reduktorów robi wszystko, by pokonać Ghroma, a pojawienie się w jego życiu Beth wydaje się być ku temu idealną okazją.

Od razu muszę powiedzieć, że do tej książki podeszłam z dużą rezerwą. Kolejna książka o wampirach, na tylniej okładce opis, który nasunął mi na myśl połączenie erotyka z romansem… Nie przepadam za takimi książkami, więc nie spodziewałam się po „Mrocznym kochanku” niczego szczególnego. Jak oceniam książkę po jej przeczytaniu?

Książka rozpoczyna się przydatnym słowniczkiem, bez przeczytania którego czytelnik może się trochę pogubić. Dowiadujemy się między innymi, czym jest Bractwo Czarnego Sztyletu, czym różni się broniec o juchacza, czy też kim jest Pani Kronik. Okazuje się, że wampiry nie żywią się ludźmi, piją krew innych wampirów, a przemieniają się około 25. roku życia, samoistnie – czyli wampirem trzeba się urodzić. Uff, możemy trochę odpocząć od powszechnej wizji wampiryzmu.

Nie będę ukrywać, że na pierwszym miejscu wyeksponowany jest romans. Choć na początku odniosłam wrażenie, że związek Ghroma i Beth opiera się wyłącznie na seksie, to później autorka trochę pogłębiła tę relację, przez co stała się ona łatwiejsza do przetrawienia. Póki jesteśmy przy romansie… Scen erotycznych jest sporo. Są opisane szczegółowo, ale nie wulgarnie, wiec również czyta się nieźle. Szczerze mówiąc obawiałam się, że będzie ich o wiele więcej, więc tu jestem pozytywnie zaskoczona – bo w końcu co za dużo, to nie zdrowo.

Podobało mi się, w jaki sposób ukazana została relacja pomiędzy członkami bractwa. Ze scen, w których uczestniczą, aż kipi testosteron. Ich rozmowy się genialne, takie… męskie. Dokuczają sobie, żartują, zachowując się przy tym jak typowe samce, które znaczą swój teren i prężą muskuły. W momencie zagrożenia jednak momentalnie się jednoczą i są w stanie poświęcić życie dla innego brata. Ten wątek jest wspaniały i dzięki niemu książka naprawdę dużo zyskuje.

Język nie należy do zbyt wyszukanych, jest raczej swobodny. Czasem irytowało mnie, jak Ghrom próbował archaizować – niezbyt pasowało to do całości. Ponadto w dialogach – zwłaszcza w wypowiedziach mężczyzn – pojawiało się sporo wulgaryzmów. Z początku mi to przeszkadzało, później zwyczajnie przywykłam.

„Bractwo Czarnego Sztyletu” składa się z co najmniej dziesięciu tomów. Mam do nich łatwy dostęp, więc pewnie przeczytam – tom pierwszy nie był na tyle zły, bym od razu przekreślała resztę. Co nie zmienia faktu, że gdybym otwierając książkę miała większe wymagania, pewnie okropnie bym się zawiodła.

Polecam głównie fanom paranormal romance oraz opowieści o wampirach, lecz zaznaczam, że możecie poczuć się zawiedzeni – wszystko tak naprawdę zależy od Waszego gustu.


Ocena: 3+/6

sobota, 7 marca 2015

125. Agata Christie - "I nie było już nikogo"


Wyd. Dolnośląskie, stron 216


„Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało.
Nagle jeden się zakrztusił - i dziewięciu pozostało.

Tych dziewięciu żołnierzyków tak wieczorem balowało,
Że aż rano jeden zaspał - ośmiu tylko pozostało.

Ośmiu dziarskich żołnierzyków po Devonie wędrowało.
Jeden zostać chciał na zawsze... No i właśnie tak się stało.

Siedmiu żołnierzyków zimą do kominka drwa rąbało.
Jeden zaciął się siekierą - sześciu tylko pozostało.

Sześciu wkrótce znęcił miodek. Gdy go z ula podbierali,
Pszczoła ukuła jednego - i tylko w piątkę zostali.

Pięciu sprytnych żołnierzyków w prawie robić chce karierę.
Jeden już przymierzył togę - i zostało tylko czterech.

Czterech dzielnych żołnierzyków raz po morzu żeglowało.
Gdy wychynął śledź czerwony, zjadł jednego - trzech zostało.

Trójka miłych żołnierzyków Zoo sobie raz zwiedzała.
Gdy jednego ścisnął niedźwiedź, dwójka tylko pozostała.

Dwóch się w słonku wygrzewało pod błękitnym czystym niebem,
Ale słońce tak przypiekło, że pozostał tylko jeden.

A ten jeden, ten ostatni, tak się przejął dolą srogą,
Że aż z żalu się powiesił i nie było już nikogo.”

„I nie było już nikogo” A. Christie

Dziesięć niepowiązanych ze sobą osób zostaje zaproszonych na kilka dni na tak zwaną Wyspę Żołnierzyków. Ludzi ci nie znają się wzajemnie i, jak się później okazuje, nie znają także gospodarza, który ostatecznie nie pojawił się na odciętej od świata wyspie. Już pierwszego wieczoru zdarza się wypadek – jeden z gości ku przerażeniu reszty krztusi się i umiera. Jednakże rano okazuje się, że było to zwyczajne morderstwo, wzorowane na wierszyku dla dzieci, który jest umieszczony w każdej sypialni w willi – a dowodem jest kolejna śmierć, tym razem służącej, która zostaje znaleziona martwa we własnym łóżku…
Od tego momentu bohaterowie rozpoczynają walkę o przetrwanie, by nie stać się jednym z dziesięciu żołnierzyków, skazanych na śmierć przez podpisanego na zaproszeniach U.N.Owena. Tylko czy są w stanie wygrać walkę z przeznaczeniem?

Strasznie długo „polowałam” na tę książkę! Jakimś cudem nie było jej w mojej bibliotece, a do zakupu nigdy nie było mi spieszno, bo nie mogłam trafić na żadną godną uwagi promocję. O książce słyszałam dużo, jako dzieciak grałam w świetną grę na podstawie tej powieści Christie i naprawdę byłam ciekawa oryginału. I w końcu dostałam ją w swoje ręce – „I nie było już nikogo” znalazłam pod choinką.

Z początku byłam przerażona – okazało się, że zamiast książki dostałam audiobook. Raz w życiu próbowałam bratać się z audiobookami – to było „Przedwiośnie” Żeromskiego – i zakończyło się to sięgnięciem po papierową wersję i ciśnięciem płyty z lekturą w kąt. Ale teraz postanowiłam spróbować jeszcze raz, w końcu bardzo mi zależało, żeby zapoznać się z tą historią. To była świetna decyzja! Utwór słuchało mi się bardzo dobrze, mogłam „czytać” robiąc jednocześnie inne rzeczy. Co prawda za nic nie zamieniłabym kartek na płytę, ale na pewno nie będę z góry mówić „nie” takiej formie lektury.

Co się tyczy samej fabuły – Christie ani trochę mnie nie zawiodła. Bardzo lubię jej kryminały, ale ten zdecydowanie stał się moim ulubionym. Świetnie wykreowana zagadka, napięcie i ta niepewność, kto jest tym złym… Zwłaszcza, że w tej powieści nie ma Poirota, ani innego genialnego detektywa, który w mig rozwiązałby zagadkę. Mordercą jest któryś z dziesiątki gości przebywających na wyspie. Który? Dobre pytanie.

„I nie było już nikogo” polecam nie tylko fanom kryminałów. To ciekawa i bardzo dobrze napisana książka, więc naprawdę warto się z nią zapoznać :)

Ocena: 5/6

wtorek, 3 marca 2015

124. John Marsden - „Jutro 5. Gorączka” [5]

z serii "Jutro"


Wyd. Znak, stron 267

Ellie, Fi, Homer, Lee i Kevin znów przebywają w Piekle. Po ostatniej porażce pogrążyli się w nostalgii, czują się porzuceni i niedocenieni. Nie wiedzą, co powinni teraz robić, jakie działania podjąć ani jak spróbować pokonać wrogie wojska. W końcu postanawiają opuścić bezpieczną kryjówkę w górach tylko po to, by odnaleźć rodziców i móc choć przez chwilę na nich popatrzeć. Los ma jednak inne plany…

Jeden dzień. Tyle czasu potrzebowałam, by przebrnąć przez piąty tom tej świetnej serii. W ciągu tego jednego dnia znów przeniosłam się do okupowanej Australii i próbowałam razem z bohaterami odnaleźć sposób na to, by przetrwać, niszcząc przy tym to, co jest najcenniejsze dla wroga. Razem z nimi przeżywałam chwile grozy, smutku, nieliczne i krótkie momenty, gdy stawali się radośni i odprężeni.

Autor póki co spisuje się na medal. Świetne pomysły nie kończą się, wszystko, o czym pisze jest realne i zdawać by się mogło, że faktycznie miało miejsce podczas wojny w Australii. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że jakaś sytuacja mogła być przesadzona i umieszczona w akcji na siłę.

Oczywiście pan Marsden nie skupił się jedynie na działaniach wojennych. Czytelnik poznaje także uczucia bohaterów, czyta o ich rozterkach, nie tylko tych związanych z tym, czy wojna pozbawiła ich człowieczeństwa, ale także o z pozoru błahych problemach, jak na przykład ich nastoletnie miłości. Dzięki temu można odpocząć od wojny i planów sabotażu.

Wydanie może i nie jest tak idealne, jak poprzednie: spotykałam się zarówno z błędami literowymi, jak i złą interpunkcją. Są to jednak błędy nieliczne, które nie przeszkadzają w lekturze, a na pewno zostały poprawione w późniejszych wydaniach.

Okładka też nieco różni się od tych, do których przyzwyczaiłam się czytając poprzednie tomy. Zazwyczaj przedstawiały one daleki krajobraz i jedynie cienie bohaterów. „Jutro 5” ma okładkę zupełnie inną – nastolatka siedząca na ulicy, oparta o mur jakiegoś budynku. Jest zamyślona i przygnębiona. Czyżby była to Ellie?


Ocena: 5/6
>