sobota, 30 sierpnia 2014

107. Elizabeth Chandler - "Potęga miłości" [2]

z serii "Pocałunek anioła"


wyd. Dolnośląskie, stron 214

Ivy przestała wierzyć w anioły. Jej chłopak nie żyje, a ona nie potrafi pogodzić się ze stratą. Ciężko jest jej wrócić do normalnego życia, a sprawę komplikuje relacja, która zaczyna ją łączyć z przyszywanym bratem, Gregorym. Tymczasem Tristan powrócił na ziemię jako anioł i za wszelką cenę próbuje ostrzec Ivy przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Jednakże dziewczyna jest całkowicie zamknięta na wszelkie znaki, które jej wysyła…

„Pocałunek anioła” mnie nie zachwycił. Dostał niską ocenę, ponieważ wszystko było przewidywalne, a na dodatek pierwszy tom był jednym długim prologiem, w którym nic się nie działo. Czy „Potęga miłości” bardziej mnie urzekła?

Po pierwsze: opis na tylniej okładce. Ogromnym minusem pierwszego tomu było to, że wszystko było streszczone w opisie. Naprawdę wszystko. Tu na szczęście nie popełniono już tego błędu. Więc czytamy.

A w książce… paranormal romance. Nieszczęśliwa miłość, niebezpieczne zauroczenie, kłamstwa i zagadki. „Potęga miłości” jest o wiele lepsza niż poprzedni tom i cieszę się, że dałam jej szansę. Nie wiadomo, po czyjej stronie mamy stać. Choć ciągłe cierpienie Ivy może w pewnym momencie wydać się męczące, to można je zrozumieć. Szuka szczęścia i próbuje żyć dalej, choć to nie łatwe. Jest ufna, co – jak okazuje się na końcu książki – nie wychodzi jej na dobre.

Okładka przedstawia mężczyznę – anioła. Zapewne to Tristan.

Ocena: 4/6

***

Recenzja krótka i słaba. Generalnie skupiłam się teraz na dalszych zmianach wyglądu bloga, poza tym robię generalne porządki na LC (końca nie widać)... Ech.

środa, 27 sierpnia 2014

106. Suzanne Collins - "W pierścieniu ognia" [2]

z serii "Igrzyska śmierci"


wyd. Media Rodzina, stron 360

Głodowe Igrzyska dobiegły końca i wydawać by się mogło, że Katniss może bezpiecznie wrócić do domu i prowadzić pozornie normalne życie. Okazuje się jednak, że jej zachowanie podczas Igrzysk wywarło duże wrażenie na mieszkańcach dwunastu zniewolonych dystryktów, którzy dostrzegli szansę wyzwolenia się spod władzy Kapitolu. Prezydent oskarża Katniss o podburzenie ludzi do buntu i szuka sposobu na ciche usunięcie dziewczyny. Nie liczy się jednak z tym, że nastolatka nie da się łatwo zniszczyć – ma wielu sprzymierzeńców gotowych poświęcić dla niej życie. Dzięki przyjaciołom Katniss dostrzega szansę obalenia Kapitolu, jednak nie wie, że pragnący zemsty bogaci urzędnicy państwowi szykują dla niej śmiertelną pułapkę, ukrywając ją pod hasłem jubileuszowych 75. Igrzysk Głodowych…

Po drugi tom „Igrzysk” sięgnęłam niemalże od razu po odstawieniu pierwszej części na półkę. Byłam niezmiernie ciekawa, co dalej, pani Collins udało się do mnie przemówić, więc zależało mi na tym, by jak najszybciej poznać dalsze losy Katniss. Dzięki temu, że przerwa pomiędzy tomami była tak króciutka, poczułam się, jakbym czytała po prostu kolejny rozdział „Igrzysk Śmierci”. Akcja toczy się już od pierwszej strony, nie ma obszernych wstępów, niepotrzebnych opisów. Od razu przenosimy się do Dwunastego Dystryktu, gdzie główna bohaterka przygotowuje się do Tournée Zwycięzców – podróży po wszystkich dystryktach. Dowiadujemy, jak zmieniły się jej relacje z Galem i Peetą, z matką oraz innymi mieszkańcami miasteczka. Poznajemy zamiary prezydenta Snowa, czytamy o nastrojach panujących w innych częściach kraju.

Ciężko pisze się recenzję drugiego tomu, zwłaszcza, gdy jest on tak samo dobry (lepszy?) jak poprzedni. Po pierwsze, spoilery. Ciężko ich uniknąć. Chciałabym bardziej rozpisać się w kwestii fabuły, ale nie chcę zdradzać zbyt wielu tajemnic, ponieważ istnieją jeszcze czytelnicy (o dziwo), którzy nie czytali serii. Faktu, że Katniss zwyciężyła w Igrzyskach, nie uważam za spoiler – chyba nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej.

Po drugie, łatwiej byłoby mi recenzować „W pierścieniu ognia”, gdyby książka była zdecydowanie lepsza/zdecydowanie gorsza niż poprzedniczka. Tymczasem autorka utrzymała drugi tom na tak samo wysokim poziomie jak pierwszy, który wychwaliłam już za wszystkie czasy. Nadal dużo się dzieje, książka nadal potrafi wycisnąć łzy i wzbudzić głośny śmiech. Bohaterowie są naprawdę wspaniali i doskonale dopracowani, zarówno ci źli, jak i dobrzy. Jedyne, co mogę zarzucić tej książce to fakt, że tak szybko się kończy - a ja nie mam następnego tomu na półce.

Starym zwyczajem, śmigam teraz oglądać ekranizację drugiej części. A wersję książkową oceniam na 6!

***


Jak już jesteśmy przy ekranizacjach… Obejrzałam „Igrzyska śmierci” - część pierwszą. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że gdybym nie przeczytała przedtem książki, to miałabym problem ze zrozumieniem niektórych sytuacji? Wydaje mi się, że pominięto kilka istotnych szczegółów i przez to ekranizacja mogła mi się wydać trudniejsza w odbiorze dla osoby, która nie czytała serii pani Collins. Jak to było z Wami: zaczynaliście od książki czy filmu? Jak odczucia?

niedziela, 24 sierpnia 2014

105. Suzanne Collins - "Igrzyska śmierci" [1]

z serii "Igrzyska śmierci"


wyd. Media Rodzina, stron 351

Na obszarze dawnej Ameryki Północnej rozciąga się obecnie państwo Panem, podzielone na dwanaście dystryktów. Władze państwa są niezwykle rygorystyczne i okrutne. Zmuszają mieszkańców poszczególnych dystryktów do pracy ponad siły, pobierają od nich daniny i nie zapewniają podstawowych środków do życia. Ponadto rokrocznie organizowane są Głodowe Igrzyska, do udziału w których z każdego dystryktu losowana jest para nastolatków pomiędzy dwunastym a osiemnastym rokiem życia. Udział w Igrzyskach jest obowiązkowy i oznacza walkę o na śmierć i życie z innymi uczestnikami wydarzenia, transmitowaną przez telewizję we wszystkich zakątkach kraju.
Katniss Everdeen od czasu śmierci ojca jest jedyną żywicielką rodziny. Jej matka pogrążyła się w wieloletniej żałobie, a mała siostra jest zbyt krucha i delikatna by podołać obowiązkom. Dlatego Katniss żyje z dnia na dzień kłusując, by przetrwać w pogrążonym w głodzie Dwunastym Dystrykcie. Jest przyzwyczajona do życia w strachu, jednak żadne z wcześniejszych doświadczeń nie przeraziło jej bardziej niż to, że jej ukochana siostrzyczka została wylosowana do udziału w Igrzyskach. Katniss widzi tylko jedno wyjście: poświęcić się i zastąpić siostrę. Zgłasza się więc na ochotniczkę i od tej pory jest uczestnikiem Siedemdziesiątych Czwartych Głodowych Igrzysk.

Moda na „Igrzyska śmierci” trwała bardzo długo (może nawet trwa nadal), ale ja, starym zwyczajem, przeczekałam największy boom i dopiero teraz sięgnęłam po serię. Przeczytałam chyba z milion pozytywnych opinii, setki razy odmawiałam obejrzenia ekranizacji – chciałam najpierw zapoznać się z książką. Dlatego, gdy w końcu dostałam „Igrzyska” w swoje łapki, spodziewałam się czegoś naprawdę wspaniałego, wręcz perfekcyjnego. Czy moje oczekiwania się spełniły?

Wzięłam książkę do ręki. Obejrzałam okładkę, przeczytałam informacje na zakładkach, opis książki. Już wtedy wiedziałam, że nigdy nie miałam okazji przeczytać książki o podobnej tematyce. Zachęcona i zaciekawiona zaczęłam czytać.

Po przeczytaniu opisu fabuły na okładce nie wiedziałam za bardzo, o co chodzi. Jakieś państwo podzielone na jakieś dystrykty, ludzie traktowani jak niewolnicy, do tego jakieś Igrzyska odbywające się na specjalnie przygotowanej arenie… No co jest, cofamy się w przeszłość? Pierwszy rozdział rozwiał moje wątpliwości. Katniss, jako narrator pierwszoosobowy, wszystko płynnie wyjaśniła. Strukturę państwa, sposób jego funkcjonowania, główną myśl i przyczynę Igrzysk Głodowych. Nie, pomyślałam wtedy, nie jesteśmy w przeszłości. To PRZYSZŁOŚĆ.

Katniss od razu bardzo przypadła mi do gustu. Dziewczyna, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Wie czego chce. Nikt nie będzie decydował kiedy i w jaki sposób ma umrzeć, o nie. Jest nieufna i rozważna. Jest także przerażona. Ale kto by nie był? Trochę gubi się w swoich uczuciach, ale nie pozwala, by wpłynęło to na jej postępowanie na Igrzyskach. Katniss pragnie dotrzymać słowa danego młodszej siostrze i przyjacielowi. Chce przeżyć.

Pani Collins stworzyła jednak innych, równie wartych uwagi bohaterów. Drugi reprezentant Dwunastego Dystryktu, Peeta, także mnie zaintrygował. Na początku ciężko mi było go rozgryźć. Nie potrafiłam stwierdzić, jaki jest naprawdę i o co mu właściwie chodzi, a już na pewno nie pomagała mi w tym podejrzliwość głównej bohaterki. W ostatecznym rozrachunku również go polubiłam. Czasem łapałam się na tym, że jest mi go żal. Katniss nie zawsze zachowywała się właściwie w stosunku do niego (choć może nieświadomie).

Mogłabym dalej wymieniać moich ulubionych bohaterów. Cinna. Mała Rue. Gale. Ale dosyć mówienia o bohaterach. Pora przejść do tego, co zachwyciło mnie najbardziej.

Pomysł. Fabuła. Akcja.

Igrzyska Głodowe są okropne. Ciężko uwierzyć, że ktoś byłby w stanie wymyśleć coś takiego. Bo co to za pomysł, żeby kazać młodym ludziom zabijać siebie nawzajem dla rozrywki innych? Obstawianie zakładów, komu uda się przeżyć kolejny dzień? Obserwowanie na ekranach telewizorów, jak dzieci rzucają w siebie oszczepami, strzelają do siebie z łuku, skręcają sobie karki i rozpruwają brzuchy nożami? To chore!

Czy to właśnie w tą stronę zmierza świat?

Jak zapewne zdążyliście się już zorientować, ta książka porządnie mną wstrząsnęła. Zwłaszcza, że ma w sobie coś takiego, co sprawia, że czytasz dalej, choć najchętniej zamknąłbyś oczy i ominął opisy okropnych wydarzeń. Akcja posuwa się do przodu, a Ty razem z Katniss boisz się, cierpisz, walczysz. W końcu książka się kończy, a do Ciebie dociera, że tak naprawdę to dopiero początek.

Teraz pora na ekranizację. Słyszałam, że w porównaniu z książką jest beznadziejna, ale i tak chcę się przekonać. No i oczywiście drugi tom. „W pierścieniu ognia” już czeka na mojej półce. Nie mogę się doczekać.

I z czystym sercem, pierwszy raz od dawna, daję 6/6.

***

Jeszcze raz zapraszam do polubienia strony mojego bloga na facebooku - TUTAJ :)

piątek, 22 sierpnia 2014

104. Stephenie Meyer - "Drugie życie Bree Tanner"

na motywach "Zaćmienia"


wyd. Dolnośląskie, stron 195

Bree Tanner jest nowonarodzonym wampirem ogarniętym żądzą krwi. Nigdy nie chciała nim zostać. Tymczasem, nieoswojona ze swoimi nowymi umiejętnościami i uczuciami, zostaje wcielona do krwiożerczej armii nowonarodzonych, która jest przygotowywana do walki ze starszymi i silniejszymi wampirami. To może mieć tylko jedno zakończenie…

„Drugie życie Bree Tanner” czytałam bardzo dawno temu, gdy jeszcze nie istniało os-meus-libros. Dlatego też nie powstała wtedy żadna recenzja. Jednak gdy niedawno układałam po remoncie książki na półce, spojrzałam na Bree i stwierdziłam, że naprawdę warto napisać o niej kilka słów.

„Drugie życie…” to uzupełnienie sagi „Zmierzch”. Sama seria, jak już wspominałam przy okazji jej recenzowania, nie odmieniła jakoś szczególnie mojego życia i w zasadzie była mi obojętna, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Kojarzyłam, o kim będzie książka, ale ponieważ Bree pojawiła się w „Zaćmieniu” dosłownie na momencik, wiedziałam jedynie, że jest nowonarodzoną, której historia kończy się naprawdę tragicznie.

Pamiętam, że książkę przeczytałam bardzo szybko. To była kwestia około trzech godzin. Gdy raz zaczęłam czytać, oderwałam się od książki (a właściwie ebooka) dopiero, gdy skończyłam. Byłam bardzo zaskoczona, że autorka „Zmierzchu” potrafi stworzyć historię pisaną oczami innej bohaterki, zupełnie różnej od mdłej Belli. W książce było ukazanych mnóstwo uczuć. Bree nie miała wsparcia, nikt nie pomagał jej w okiełznaniu ogarniającej ją żądzy ludzkiej krwi. Wyostrzone zmysły i uczucia przepełniały ją. Wykonywała rozkazy Rileya nie zdając sobie sprawy, że ona i jej towarzysze są zwyczajnie oszukiwani i wystawieni na pewną śmierć. Bree Tanner to bohaterka, której czytelnik żałuje, którą na pewno polubi i z którą bardzo ciężko będzie mu się rozstać.

Każdy, kto czytał „Zaćmienie” wie, jak zakończy się ta historia. Ja także wiedziałam. I modliłam się, by autorka na końcu coś wymyśliła, w jakiś sposób zmieniła zakończenie. Nic takiego się nie stało. A ja ryczałam jak bóbr. Bolało rozstanie z każdym bohaterem, ponieważ Meyer stworzyła naprawdę niesamowite, choć tragiczne postacie. Ale Bree… to Bree. Zasługiwała na coś więcej.

Okładka jest upodobniona do sagi, by wpasować książkę w serię. Przedstawia klepsydrę, w której przesypuje się krwistoczerwony piasek.

Każdy fan sagi na pewno ma tę książkę już za sobą. Polecam ją także tym, którzy czytali serię i nie przypadła im ona do gustu. Bree jest inna. Przeczytać mogą również czytelnicy w ogóle nie wiedzący, o co w „Zmierzchu” chodzi, poradzą sobie na pewno, gdy potraktują „Drugie życie…” jako odrębną historię.

U mnie, jako anty-fanki „Zmierzchu”, Bree zajmuje szczególne miejsce, zarówno na półce, jak i w sercu.


Ocena: 5/6

środa, 20 sierpnia 2014

103. Paul Cleave - "Godzina śmierci"


Weltbild, stron 240

Charlie budzi się zakrwawiony i obolały. Okazuje się, że poprzedniego wieczoru był uczestnikiem morderstwa dwóch młodych kobiet. Choć to nie on zabił, wszystkie ślady na miejscu zbrodni wskazują właśnie na niego. Mężczyzna wie, że prawdziwym mordercą jest Cyris. Jednak nikt, nawet jego była żona, Jo, nie wierzy w to. W zaistniałej sytuacji Charlie postanawia sam odnaleźć Cyrisa i udowodnić swoją niewinność, w głębi duszy zastanawiając się, czy Cyris nie jest jedynie wytworem jego wyobraźni…

„Godzina śmierci” to pierwszy thriller psychologiczny, który dane mi było przeczytać. Podeszłam do gatunku nieco niepewnie – nie do końca wiedziałam, czy przypadnie mi do gustu. Jednakże kupiłam tę książkę na kiermaszu, siedziałam na dworcu PKP, mój pociąg miał ponad godzinne opóźnienie, więc z nudów zaczęłam czytać. Czytałam na dworcu, w pociągu, po powrocie do domu... i nic nie było w stanie oderwać mnie od lektury.

„Śmierć wisi w powietrzu. Unosi się tu przez całą noc, może jest tu od tygodnia, ale teraz muska moją spoconą twarz i szeptem mnie żegna.”

Charlie to niezwykły facet. Ciężko mi było z początku za nim nadążyć – gdzieś był, widział czyjąś śmierć, a może to właśnie on był mordercą? Sam wątpi w istnienie Cyrisa. Widzi duchy zamordowanych kobiet. Jest złożoną postacią, która znalazła się w złym miejscu o złej porze. Bardzo go polubiłam i z czasem było mi go coraz bardziej żal.

W książce autor ukazał jednak nie tylko zagubionego Charliego. Jest Cyris (tak, on istnieje) ze swoim uzależnieniem od leków przeciwbólowych, kochający zabijanie i pastwienie się nad ofiarami, ogarnięty żądzą pieniądza.

W końcu jest także Landry, postać według mnie jeszcze bardziej skomplikowana niż sam główny bohater. Policjant, który chce być najlepszy. Który wie, że śledztwo dotyczące zabójstwa tych dwóch kobiet to ostatnia sprawa, którą prowadzi. Ma raka i ostatnie pół roku życia przed sobą. Umiera w samotności. Chce schwytać psychopatycznego mordercę i zyskać respekt w pracy. Chce, by pamiętano o nim, gdy przejdzie na tamtą stronę. Jednak czy nie straci zdrowego rozsądku i przy tym także swojego człowieczeństwa?

Autor pisze w pierwszej osobie jako Charlie lub w trzeciej osobie opisując innych bohaterów. Jego powieść jest bardzo ciekawa i intrygująca, ciągle coś się dzieje, jest to faktycznie „Mocna fantastyczna historia trzymająca w napięciu aż do ostatniej strony”, jak to głosi okładka. Czytałam z zapartym tchem, a po ostatniej stronie czułam wręcz niedosyt – autor pozostawił zakończenie otwarte, więc dalszego ciągu historii możemy się jedynie domyślać.

Okładka jest głównym czynnikiem, który przyciągnął mój wzrok na kiermaszu. I nie chodzi mi wcale o grafikę – koleś idący słabo oświetlonym korytarzem, cienie i groza, elementy charakterystyczne dla thrillera czy kryminału. Zachwyciło mnie to, jaka jest w dotyku – lekko szorstka, a pod światło tak kusząca, że musiałam wziąć ją do ręki i „pomacać”. :)

Reasumując: świetna powieść. Już planuję szukanie innych książek Paula Cleave’a. A tę gorąco polecam.

Ocena: 5/6

***

Zmieniłam szablon! Na widok starego robiło mi się już niedobrze, więc nadszedł czas na odświeżenie wyglądu bloga :)

EDIT: Zapraszam Was do polubienia strony mojego bloga na facebooku: TUTAJ :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Stosik sierpniowy

Dziś publikuję swój stosik, co prawda z lekkim opóźnieniem, bo sierpień już powoli zbliża się ku końcowi, a i część z prezentowanych książek już przeczytałam, ale mimo to uznałam, że lepiej późno, niż wcale. :)


Tak więc zacznijmy od góry:

Patrick Süskind – „Pachnidło. Historia pewnego mordercy”
Książka jest moją własnością, kupiłam ją za psie grosze w antykwariacie na allegro. Przeczytałam ją już dość dawno temu i porządnie mną wstrząsnęła. Recenzja niebawem. :)

Suzanne Collins – „Igrzyska śmierci”
Cóż mam powiedzieć, swoim starym zwyczajem poczekałam, aż największy szał na serię pani Collins minie i dopiero wtedy się za nią rozejrzałam. Książkę znalazłam przy okazji odwiedzin u siostry, na jej półce, a że słyszałam miliony pozytywnych opinii na temat „Igrzysk”, nie wahałam się ani moment, by ukraść je siostrze na pewien czas. ;)

Suzanne Collins – „W pierścieniu ognia”
Jak wyżej.

Krystyna Kuhn – „Gra”
Seria „Dolina” dość długo leżała na mojej półce, nim w końcu doczekała się, bym wzięła ją do ręki. „Grę” już przeczytałam, teraz czeka na recenzję.

Krystyna Kuhn – „Katastrofa”
Tom drugi „Doliny”. Reszta jak wyżej. :)

Agnieszka Grzelak – „Herbata szczęścia”
Bajeczna powieść, którą wygrzebałam na strychu (kto ją tam schował?!). Dopiero co skończyłam czytać, recenzja już napisana, więc pewnie niebawem pojawi się na blogu.

J.R. Ward – „Mroczny kochanek”
Pożyczony od siostry pierwszy tom serii „Bractwo Czarnego Sztyletu”. Nie wiem, co myśleć o tej książce, mam co do niej jakieś dziwne przeczucia (niestety negatywne), więc póki co leży na półce. Planuję przeczytać po skończeniu „Igrzysk śmierci”.

„Katarzyna Gubała – „Faceci z sieci, czyli w poszukiwaniu miłości”
Przeczytane już romansidło (obyczajówka), które dostałam w prezencie. Recenzja się pisze. ;)

Na chwilę obecną to wszystko. Za dwa tygodnie z powrotem otworzą moją bibliotekę (póki co wspaniała pani Dorotka jest na urlopie, a nie ma kto jej zastąpić), więc będę mogła przynieść nowe książki, którymi na pewno się pochwalę. A na razie jest co czytać.

Do napisania!

niedziela, 17 sierpnia 2014

102. John Marsden - "Jutro 2. W pułapce nocy" [2]

z serii "Jutro"


wyd. Znak, stron 269

Ellie, Fi, Robyn, Chris, Homer i Lee przebywają w swojej kryjówce w górach i bardzo martwią się o Kevina i Corrie. Chcą ich odbić z rąk najeźdźcy, jednak okazuje się, że to wcale nie będzie takie proste. Ponadto mają nadzieję znaleźć innych ukrywających się ludzi, by móc z nimi zjednoczyć siły. Nastolatkowie nie są już tymi samymi ludźmi, co przed inwazją, a ich sytuacja stale się pogarsza…

„Jutro 2. W pułapce nocy” różni się od pierwszego tomu. Wtedy była to książka przygodowa z elementami thrillera. Teraz mamy do czynienia z, według mnie, prawdziwym thrillerem, może sensacją. Nie ma miejsca na przygody nastolatków biwakujących sobie w górach. Jest za to walka o przetrwanie, wojna, strach przed śmiercią i coraz mniejsza nadzieja.

Nie chcę się rozpisywać nad fabułą, ponieważ musiałabym zdradzić Wam dość sporo epizodów z pierwszego tomu. Mogę śmiało powiedzieć jednak, jak duża zmiana zachodzi w bohaterach. Coraz trudniej dostrzec w nich grupę zagubionych nastolatków, prędzej żołnierzy walczących o swój kraj, rodziny i przyjaciół. W tej serii podoba mi się właśnie to, że historia ta mogłaby zdarzyć się naprawdę i że faktycznie mogłaby mieć taki przebieg. Że faktycznie mogłoby być kilkoro takich nastolatków tworzących ruch oporu, przestraszonych, ale zdeterminowanych, by walczyć.

Książka jest pełna akcji i ciągłych emocji. Wciąż coś się dzieje, więc czytelnik nie ma czasu się nudzić. Osobiście czytałam z zapartym tchem, nawet nie zauważając, że książka się kończy.

Po lekturze „Jutra 2” od razu nabrałam chęci na trzeci tom. Jestem ogromnie ciekawa, co dalej.

Okładka przedstawia naszych bohaterów biegnących przez łąkę, może pole, w świetle księżyca, „w pułapce nocy”.


Ocena: 5/6

Poprzedni tom:

środa, 13 sierpnia 2014

101. Agatha Christie - "Śmierć na Nilu"


wyd. Dolnośląskie, stron 336


Herkules Poirot w końcu decyduje się na urlop. Wybiera się na rejs Nilem. Niemalże od razu staje się świadkiem dramatycznych zdarzeń.
Statkiem płynie młode małżeństwo, Linnet i Simon Doyle, a ich podróż poślubną psuje również przebywająca na statku Jacqueline de Bellefort, była przyjaciółka Linnet, której ta odebrała ukochanego. Wszyscy pasażerowie wyczuwają napiętą atmosferę. A sprawy komplikują się, gdy Simon zostaje postrzelony, Linnet zabita, a prześladująca ich Jacqueline ma na ten czas niepodważalne alibi…
Kto zamordował Linnet? Czy pozostali pasażerowie są bezpieczni? Jaką rolę w wydarzeniach mających miejsce na statku odegrają luksusowe perły Linnet?

Wreszcie znalazłam książkę Christie, która pochłonęła mnie bez reszty! Choć z początku nieco mnie nudziła, ponieważ akcja rozwijała się niezwykle powoli, później wszystkie wydarzenia ruszyły pełną parą! Długi wstęp okazał się całkowicie uzasadniony i znalazł odzwierciedlenie w dalszym ciągu książki.

Autorka bardzo dokładnie przemyślała każdy fragment napisanej przez siebie historii. Zagadka jest złożona, oczywiście nie sposób wpaść na to, kto jest zabójcą Linnet. Podejrzany jest każdy podróżujący statkiem. Poirot stoi przed nie lada wyzwaniem. Oczywiście spisuje się wspaniale, a rozwiązanie okazuje się takie proste…

Christie ukazała złożoność ludzkich umysłów i charakterów. Każda postać jest ciekawa, niemalże każda coś ukrywa, komplikując jeszcze bardziej sprawę. W książce mamy ponadto kilka zwrotów akcji, które burzą całą budowaną przez czytelnika koncepcję i nakazują powrócić mu (i Poirotowi) do punktu wyjścia. Zakończenie jest nieprzewidywalne i nawet, gdy zabójca zostaje ujawniony, i tak czeka nas jeszcze jedno zaskoczenie.

Książka jest dobrze wydana, zauważyłam co prawda jeden błąd ze strony wydawcy – tekst na jednej ze stron jest jakiś taki… rozjechany. Okładka nawiązuje do podróży statkiem po Egipcie. Niezbyt mi się podoba, ale jest dość charakterystyczna dla książek Christie wydawanych przez wydawnictwo Dolnośląskie.

Póki co jest to najlepszy kryminał, jaki przeczytałam. Coraz bardziej „nakręcam się” na twórczość mojej imienniczki, wręcz nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po następną jej książkę. Nawet Poirot nie irytuje mnie tak, jak kiedyś. 

Polecam fanom gatunku.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

100. P.C. Cast i Kristin Cast - "Ukryta" [10]

z serii "Dom Nocy"


wyd. Książnica, stron 320

Kłamstwa i zbrodnie Neferet wyszły na jaw. Świat wampirów pogrąża się w chaosie. Dobrzy stają się złymi, źli przechodzą na jasną stronę bogini Nyks. Zoey nie wie, komu może zaufać. Na dodatek ciągle prześladuje ją myśl, że w mrocznym narzędziu Neferet, Auroksie, dostrzegła duszę zmarłego Heatha. Tymczasem Neferet ponawia swój atak na Dom Nocy...
Czy Zoey da sobie radę z byciem Najwyższą Kapłanką? Jak poradzi sobie z przytłaczającą ją myślą o Heathu? I czy uda się jej razem z przyjaciółmi unicestwić Neferet?

Wydaje mi się, jakbym wczoraj zagłębiła się w „Naznaczoną”, a tymczasem dzisiaj już skończyłam dziesiąty tom. P.C. Cast i Kristin Cast to bardzo „płodne” autorki – piszą dużo, w krótkich odstępach czasowych. Ale czy nie oznacza to jednocześnie, że seria staje się zbytnio rozwlekła i pisarki zwyczajnie się wypalają?

Już kilka tomów wstecz styl pisania się zmienił: oprócz Zoey wypowiadającej się w pierwszej osobie, rozdziały są pisane także oczami innych bohaterów. Fragmenty te są oddzielone tytułami z imieniem bohatera, a narracja w tych miejscach jest trzecioosobowa. Nie wiem, czy poprawiło to jakość serii... Z jednej strony dowiadujemy się więcej o tym, co dzieje się w kilku miejscach jednocześnie (w końcu Zoey nie potrafi się dwoić i troić, nawet pomimo swoich i tak niezwykłych umiejętności). Z drugiej jednak strony zabieg ten niezbyt przypadł mi do gustu. Może dlatego, że części niektórych bohaterów niezbyt mnie interesowały i ogólnie rzecz biorąc niewiele wnosiły do fabuły.

Skoro już wspomniałam o rozwoju akcji... to według mnie także pozostawia wiele do życzenia. O tym, że Neferet jest zła, wiemy już od kilku tomów. Tymczasem trzy czwarte książki czytamy o tym, że Neferet jest zła i fajnie by było jakoś ją unicestwić. W międzyczasie pojawiają się rozterki Zoey, wspomina się o Auroksie, który toczy wewnętrzną walkę między swoją dobrą i złą stroną, obserwujemy koniec przyjaźni Bliźniaczek... ale to tylko epizody. Akcja, standardowo, przyspiesza pod koniec (Neferet jest zła, zrobiła Zoey kuku, więc pora się za nią wziąć). I nagle się kończy. Bez nieoczekiwanego zakończenia zapierającego dech w piersiach, bez żadnej zachęty do sięgnięcia po następny tom, zwłaszcza dla czytelników zmęczonych tą serią (czytaj: mnie). Bohaterowie też się zmienili. Zrobili się jacyś tacy... bezosobowi. Rozumiem, świat wampirów jest pogrążony w wojnie z Ciemnością, ale to chyba nie powinno odbierać wszystkim postaciom ich osobowości? Mam nadzieję, że w następnym tomie będzie lepiej, ponieważ zaczyna naprawdę ziać nudą. Dobrze, że chociaż moja ulubiona, wredna, temperamentna i rozpieszczona Afrodyta pozostała sobą.

Oczywiście sięgnę po następny (jedenasty!) tom, po dziesiątym nie wypada się poddać. Ale ten raczej mnie nie urzekł.

Okładka wyjątkowo mi się podoba. Mroczna, ukazująca zawziętą, poważną i dojrzałą do walki dziewczynę.


Ocena: 3-/6

***

Setna recenzja! Biorąc pod uwagę mój słomiany zapał, to naprawdę świetny wynik, z którego jestem bardzo dumna! :)
>