środa, 31 grudnia 2014

Stosik na nadchodzący Nowy Rok :)

Witam Was kochani w wieczór sylwestrowy! (a przynajmniej taką mam nadzieję, że ten post wstawi się w odpowiednim momencie.)

Dopiero co zakończyły się Święta, a że Gwiazdka jest okresem sprzyjającym nabywaniu/dostawaniu nowych książek, to dość sporo z nich pojawiło się na mojej półce. Stąd też dzisiejszy stosik :)

Tak więc od lewej:
1) Tahereh Mafi - "Sekret Julii" - chyba nie muszę nikomu przedstawiać, kupiona w ofercie outlet po obniżonej cenie, jej jedyną wadą jest rysa na okładce :)
2) Richelle Mead - "W szponach mrozu" - drugi tom "Akademii wampirów". Całą serię przeczytałam już dawno temu, ale zależy mi, żeby ją skompletować, więc kupiłam na wyprzedaży w Ravelo.
3) Bree Despain - "Łaska utracona", również drugi tom. Mam w domu "Dziedzictwo mroku", które całkiem mi się podobało, więc odkupiłam tę książkę przez facebooka.
4) Gillian Shields - "Zdrada Nieśmiertelnego" - kolejny drugi tom odkupiony przez internet :)
5) Różni autorzy - "Randki z piekła" - zbiór opowiadań autorów powieści fantastycznych. Odkupione przez facebooka.
6) L.J.Smith - "Pamiętniki wampirów. Księga 2. Mrok. Powrót o zmierzchu. Uwięzieni". Z "Pamiętnikami wampirów" jest jeden problem - ekranizacja jest świetna, książka za to jest beznadziejna. Tę księgę już czytałam, ale chcę ją przeczytać ponownie, by ją zrecenzować. No i brakowało tego tomu na mojej półce. Outlet, kilka stron jest lekko naddartych. :)
7) i 8) L.J.Smith - "Pamiętniki wampirów. Pamiętnik Stefano. Żądza krwi. Pragnienie" - o, już trochę lepiej. W tworzeniu "Pamiętnika Stefano" maczał palce scenarzysta serialu, więc ta seria jest już nieco lepsza od "Pamiętników wampirów". Tom pierwszy czytałam, teraz kolej na dwa następne. Z wyprzedaży w Ravelo.
9) i 10) J.R.Ward - "Bractwo Czarnego Sztyletu. Wieczna Miłość. Ofiara krwi" - drugi i trzeci tom serii o wampirzym bractwie. Pożyczone od siostry.

Już za połową ;p

Od góry:
11) Agata Christie - "Dwanaście prac Herkulesa" - kupione w Biedronce.
12) Agata Christie - "I nie było już nikogo". Prezent gwiazdkowy, mój pierwszy w życiu audiobook. Już przesłuchany, recenzja niebawem :)
13) Malcolm Mackay - "Lewis Winter musi umrzeć" - wygrana dość dawno temu w rozdawajce (na secret-books bodajże).
14) Robert Karjel - "Szwed, który zniknął" - również wygrana w blogowym konkursie, wieki temu, ale dopiero teraz trafiła na stosik :)
15) James Frey - "Endgame. Wezwanie". Prezent gwiazdkowy. Już nie mogę się doczekać, kiedy ją przeczytam!
16) Green, Johnson, Myracle - "W śnieżną noc" - osobiście kupiłam na Gwiazdkę mojej mamie. Oczywiście również przeczytam (a co tam, że już po świętach).
17) i 18) Arthur Conan Doyle - "Studium w szkarłacie" (recenzja TUTAJ) oraz "Znak czterech". Pierwsza to prezent gwiazdkowy, druga to mój nabytek z Ravelo. Sherlock Holmes, moja nowa miłość! :p

Jest co czytać w Nowym Roku!

Wszystkim Wam życzę, aby rok 2015 był lepszy od poprzedniego (albo chociaż nie gorszy :p). I, oczywiście, wspaniałej zabawy sylwestrowej. Do zobaczenia w styczniu!

wtorek, 30 grudnia 2014

118. Arthur Conan Doyle - "Studium w szkarłacie"

z serii "Sherlock Holmes"


Wyd. Rytm, stron 138

Doktor John Watson jest lekarzem wojskowym, który powrócił z misji w Afganistanie w beznadziejnej kondycji zdrowotnej. Ma kłopoty finansowe, więc rozpaczliwie poszukuje taniego mieszkania, by wyjść na prostą. Nieoczekiwanie poprzez starego znajomego dowiaduje się o mężczyźnie poszukującym współlokatora do niedużego mieszkania przy Baker Street 221B. Tym oto sposobem John poznaje Sherlocka Holmesa, detektywa-konsultanta, który wprowadza niemały zamęt w życie lekarza, angażując go w rozwiązywanie kryminalnej zagadki z wykorzystaniem sztuki dedukcji, w której istnienie Watson nie chce uwierzyć. Mężczyzna szybko zmienia jednak zdanie, całkowicie zafascynowany nadzwyczajnością swego współlokatora.

Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie słyszał o Sherlocku Holmesie! Jest ktoś taki? Historia genialnego detektywa oraz podążającego za nim doktora Watsona jest tak znana, że nawet osoby nie mające pojęcia, kim był Arthur Conan Doyle kojarzą, o jakich bohaterów chodzi.

Lubię czasem poczytać kryminały, powieści detektywistyczne, ale szczerze się przyznaję, że nigdy nie zależało mi szczególnie na zapoznaniu się z Holmesem. Z grubsza wiedziałam, kim jest, kiedyś grałam z siostrą w detektywistyczną grę komputerową „Przebudzenie” (polecam!), urywkami oglądałam jedną z nowszych ekranizacji, w której główne role grali Robert Downey Jr oraz Jude Law. Ani jedno, ani drugie, nie rozbudziło we mnie chęci dokładnego poznania historii dziwacznego dziada z fajką w zębach, za którym jak piesek biega doktorek nie mający nic ciekawszego do zrobienia w życiu.

A później w recenzjach Marthy Oakiss (również polecam, zarówno bloga, jak i booktuba!) zaczęły pojawiać się wzmianki o Sherlocku. Dotyczyły głównie serialu BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem w rolach głównych, ale z czasem Martha zaczęła również recenzować Sherlocka „pisanego”. A mnie ciekawiło jedno: co takiego jest w Sherlocku, że wzbudził aż taką fascynację?  Najpierw obejrzałam serial. Pierwszy odcinek, drugi… Szybko stwierdziłam: Sherlock Holmes jest niesamowity! To fascynujący bohater, na dodatek świetnie grany przez Cumberbatcha (ten głos!). Niestety, serial się skończył (póki co), a ja naprawdę niezadowolona tym faktem zasiadłam do mini-wigilii, którą urządziłyśmy ze współlokatorkami w akademiku. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dzięki jednej z nich pod naszą malutką choinką znalazłam „Studium w szkarłacie”!

Jeżeli ktoś z Was przetrwał mój pozbawiony ładu bełkot, to naprawdę podziwiam – na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że naprawdę próbowałam się hamować i nie przekształcić tej recenzji książki w odę do serialu. A to wcale nie było proste.

Szczerze się przyznam, że nie wiem, jak wyglądałaby moja recenzja, gdybym nie sięgnęła przed lekturą po ekranizację. Jako że zawsze uważałam Sherlocka Holmesa za „dziwacznego dziada z fajką w zębach” (Boże, cytuję sama siebie), to na pewno byłaby bardziej obiektywna, niż w momencie, gdy czytając o dziewiętnastowiecznym Londynie przypominam sobie podobne sceny w wykonaniu Bena (który dziadem raczej nie jest). Czasu jednak nie cofnę, serial obejrzany, więc obiektywne patrzenie na książkę jest utrudnione.

„Studium w szkarłacie” jest bardzo cienką książką, ze stosunkowo dużą czcionką, więc od razu możecie się domyślić, że czyta się szybko. Na początku poznajemy doktora Johna Watsona, wojskowego lekarza, powracającego do zdrowia po misji w Afganistanie. Pierwsza część książki jest przedrukiem jego dziennika, w którym opowiada o tym, jak poznał Holmesa. Rozwiązują razem pierwszą zagadkę. Watson nie może wyjść z podziwu: skąd Sherlock to wszystko wie? Rozejrzał się po miejscu zbrodni i w y d e d u k o w a ł, że zabójca miał rumiane policzki. Dziwne? Dziwne, do czasu, aż Sherlock wyjaśnia co, jak i dlaczego, a Ty pukasz się w czoło i myślisz „No jasne, przecież to oczywiste!”. I właśnie taka jest pierwsza część książki. Przeczytałam ją w godzinkę, pełna podziwu dla autora (tak, autora) za to, że stworzył tak niezwykły sposób rozwiązania zagadki, znacząco różniący się od sposobów postępowania policji czy innych detektywów.

W drugiej części książki, według mnie nieco nudniejszej, ale również przeczytanej przeze mnie bardzo szybko, poznajemy historię mordercy i motywy jego postępowania. Jest to świetnym uzupełnieniem części pierwszej i dokładnie wszystko wyjaśnia, rozwiązując niejasne wątki.

Sherlock Holmes jest intrygującym bohaterem. Bardzo chętnie – już nawet nie tylko przez wzgląd na serial – poznam inne opowieści o detektywie i towarzyszącym mu doktorze Watsonie. Polecam każdemu zapoznanie się z twórczością Doyla; jest łatwa w odbiorze, czyta się szybko, akcja gna do przodu… Zachęcam!

Ocena: 5/6

***

Hmm, kiedy minął ten rok?

Mam duuużo nowych książek, więc niebawem stosik! :)

środa, 24 grudnia 2014

Życzenia świąteczne



W tym niezwykłym (choć niestety szarym i deszczowym) dniu, pragnę złożyć Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych, spędzonych wspólnie z rodziną Świąt Bożego Narodzenia. Niech najbliższe dni będą dla Was okazją do odpoczynku, zapomnienia o codziennych problemach i kłótniach. Niech spełnią się Wasze najskrytsze marzenia, zarówno te malutkie, jak i większe, z pozoru niemożliwe do spełnienia.

Smacznej kolacji wigilijnej, wspaniałych prezentów i, oczywiście, wesołych Świąt!
Ejdzita49

niedziela, 7 grudnia 2014

117. Krystyna Kuhn - "Gra" [1]

Z serii „Dolina”


Wyd. TELBIT, stron 296

Julia wraz z bratem rozpoczynają naukę w elitarnym college’u w Grace. Znaleźli się tu wbrew swojej woli – oboje mają bardzo skomplikowaną przeszłość, a Grace był idealnym miejscem, by od tej przeszłości uciec.
Szybko okazuje się, że wokół college’u dzieje się coś dziwnego. Nagłe zmiany pogody, mnóstwo tabliczek obwieszczających niebezpieczeństwo poza terenem szkoły, mrożące krew w żyłach jezioro Lake Mirror rządzące się swoimi prawami oraz zablokowany dostęp do uzyskania informacji o tym miejscu w Google Earth – to tylko niektóre przesłanki odmienności tego miejsca.
Na dodatek podczas zakazanej imprezy dla pierwszaków Robert, brat Julii, widzi dziewczynę skaczącą ze skały w otchłań jeziora. I choć wszyscy twierdzą, że chłopak miał przywidzenia okazuje się, że faktycznie zaginęła jedna ze studentek. Nie może być to jednak ta sama dziewczyna, którą widział Robert – zaginiona Angela Finder nie byłaby w stanie sama wspiąć się na skały i skoczyć, gdyż jest niepełnosprawna…
Czy Robert faktycznie widział dziewczynę skaczącą ze skały? Co stało się z Angelą Finder? I jaką tajemnicę skrywa rodzeństwo?

„Gra” leżała na mojej półce bardzo, bardzo długo. Ciągle miałam coś innego: ważniejsze książki z biblioteki, maturę, egzaminy zawodowe, wakacyjne wyjazdy i pracę, później studia… Gdy w końcu sięgnęłam po tę książkę również nie nastawiałam się na nic szczególnego, może przez okładkę, która nie zachęca w szczególny sposób do przeczytania?

Zaczęłam czytać i… skończyłam, sama nie wiem kiedy. Książka okazała się być świetnym thrillerem o młodych studentach. Całość jest mroczna, nie wiadomo do końca o co chodzi, każdy bohater ma swoje tajemnice, które głęboko skrywa przed resztą. Główna bohaterka, Julia, jest postacią ciekawą, którą poznajemy aż do ostatniej strony. Choć czasem była niezdecydowana i nieco irytująca, jej zachowanie wyjaśniło się i stało się możliwe do wytłumaczenia.

Zresztą warto chyba dodać, że zdecydowana większość bohaterów jest tu irytująca. Mają oni bardzo dziwne charaktery, autorka chciała wykreować ich w taki sposób, by każdy był oryginalny, a wyszło tak, że w sumie nie wiadomo, o co im chodzi. Tak, bohaterowie nie są mocną stroną tej książki.

Ale za to klimat… świetny. Zwłaszcza jak na młodzieżówkę z dreszczykiem. Szkoła jest bardzo mroczna, podobnie jak dolina, która ją otacza. Przez całą książkę przewija się wątek ośmiu studentów, którzy zaginęli w górach jakieś dwadzieścia lat temu, i choć nie ma on tak naprawdę nic wspólnego z bieżącymi wydarzeniami, to czytelnika zżera ciekawość – co stało się z tamtymi studentami i dlaczego wszyscy nabrali wody w usta i udają, że to zaginięcie nie miało miejsca?

Są także bieżące wydarzenia. Gdzie zaginęła Angela Finder? Czy to ją Robert widział na skałach tamtej felernej nocy? Kto mógłby chcieć zaszkodzić Angeli i dlaczego? Mnóstwo pytań, mnóstwo wątków i mnóstwo postaci, z których żadnej nie potrafiłam zaufać i każda była w moich oczach kandydatem na „tego złego”. Akcja pędzi do przodu, a czytelnik próbuje za nią nadążyć obgryzając paznokcie.

Technicznie rzecz ujmując, styl autorki pozostawia co nieco do życzenia. Można tu zarzucić przede wszystkim trochę zbyt lekki język, który momentami stawał się irytujący. Zdarzały się wulgaryzmy, jednak nie pojawiały się one na tyle często, by utrudniać czytanie czy kłuć w oczy. Czasem wkradały się błędy interpunkcyjne, rzadziej językowe (choć to raczej kwestia tłumaczenia i wydania). Jeszcze jedną rzeczą, na którą chciałabym zwrócić tu uwagę, jest częste wplatanie w tekst angielskich słów i wyrażeń. Nie były one trudne, więc rozumiałam je bez problemu, ale wiem, że już na przykład mojej mamie mogłyby sprawić kłopot, zwłaszcza, że nie było odnośników z tłumaczeniem.

Okładka, jak już wspomniałam, raczej nie zachęca do zajrzenia do książki. Jest według mnie zbyt… nijaka.

Reasumując, chociaż wydawać by się mogło, że moja recenzja jest raczej negatywna, ja mimo to polecam tę książkę. To dopiero pierwszy tom, ale naprawdę go pochłonęłam i nabrałam ogromnej chęci na całą serię. Błędy, które wymieniłam, nie są na tyle rażące, by odpychały od książki, więc… poszukajcie serii „Dolina” Krystyny Kuhn!


Ocena: 4/6

niedziela, 23 listopada 2014

116. Alyson Noël – „W cieniu klątwy” [3]

z serii "Nieśmiertelni"


wyd. Dolnośląskie, stron 318

Ever nabroiła. Popełniła jeden błąd, podjęła jedną złą decyzję, która okazała się być beznadziejna w skutkach. Teraz jej związek z Damenem jest przeklęty – jeden dotyk ich ciał może zabić chłopaka i strącić go w otchłań Shadowlandu. Ever chce to odwrócić, szuka sposobu na pokonanie klątwy, jakiegoś zaklęcia, które pozwoliłoby jej przywrócić to, co było wcześniej. Okazja nadarza się, gdy dziewczyna podejmuje pracę i poznaje przystojnego Jude’a, który – jak się okazuje – może jej pomóc.
Ever nie ma jednak pojęcia, jak dużą rolę odgrywa tu jej PRZESZŁOŚĆ.

„W cieniu klątwy” przeczytałam – jeśli wierzyć moim oznaczeniom na lubimyczytac.pl – w 2011 roku. Jako że podjęłam wyzwanie, mające na celu ukończenie wszystkich rozpoczętych przeze mnie serii, postanowiłam dokończyć serię „Nieśmiertelni”, która nigdy nie należała do moich ulubionych (dlatego też w pewnym momencie ją przerwałam). Wtedy też zorientowałam się, że po lekturze trzeciego tomu nie napisałam jego recenzji, a że w ogóle nie pamiętałam, czego dotyczył, postanowiłam przeczytać go jeszcze raz… i oto jest recenzja!

Jak już wspomniałam wcześniej, „Nieśmiertelni” nie należą do moich ulubionych serii, więc z początku czytanie szło mi dość opornie. Jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębiałam się w akcję (i, nie ukrywam, przypominałam sobie, o co właściwie chodzi ;p), by pod koniec czytać chętnie, może nie z zapartym tchem, ale na pewno z zaciekawieniem.

Co się tyczy bohaterów: Ever mnie irytowała, Damen mnie irytował, bliźniaczki mnie irytowały i tak dalej, i tak dalej. Nikt nie przypadł mi do gustu. Każda postać jest raczej nijaka. Wydarzenia też nie są jakoś szczególnie zaskakujące – Ever i Damen nie mogą się dotykać, a że bardzo by chcieli, to szukają sposobu na pokonanie tytułowej klątwy. Przy okazji pojawia się nowy bohater, który okazuje się być znajomym Ever z innego wcielenia i, jak nietrudno się domyślić, od razu się w niej zakochuje, co niezbyt podoba się Damenowi. Spoiler? Być może, choć uważam, że i bez mojego gadania każdy z Was by się tego domyślił.

Zakończenie niewiele wyjaśnia, za to miesza akcję dwa razy bardziej. W sumie sama już nie wiem, czego mam się spodziewać po kolejnym tomie – po który bądź co bądź mam zamiar sięgnąć.


Ocena: 3/6

poniedziałek, 10 listopada 2014

115. Richard Paul Evans - "Najcenniejszy dar"


wyd. Znak, stron 117

Richard ma żonę i malutką córeczkę. Ma także kiepsko prosperującą firmę, która pozwala rodzinie jedynie na mieszkanie w małej, ciasnej kawalerce. Dlatego też gdy tuż przed Bożym Narodzeniem pojawia się możliwość zamieszkania w ogromnym domu starszej kobiety, Mary, w zamian za opiekę nad staruszką, nie wahają się ani chwili. Mary okazuje się być ciepłą, wspaniałą kobietą, idealną babcią dla małej córeczki Richarda.
Pewnej nocy mężczyznę budzi dziwna melodia dobiegająca ze strychu. Richard podąża za dźwiękiem i znajduje małą skrzynkę wypełnioną pełnymi rozpaczy, miłości i tęsknoty listami. Autorką niewątpliwie jest Mary, lecz kim jest adresat, skoro mąż kobiety zmarł na długo przed ich napisaniem? Tamtej nocy Richard nie wie, jak bardzo znalezione, poznaczone łzami kartki wpłyną na jego życie…

Piękne.

„Najcenniejszy dar” przeczytałam w godzinę, może dwie. Książka jest króciutka, ma niewiele ponad sto stron, bardzo przejrzysty druk, do tego niewielki format, więc ani się obejrzałam, byłam już za połową. Nie ma tu pędzącej akcji, nie ma mrożących krew w żyłach wydarzeń. Jest piękno. Melancholia. Nauka.

Książka uczy. Nie przedmiotów ścisłych, nie humanistycznych, nie języków obcych. Uczy życia. Pokazuje, co w życiu jest najważniejsze. Czytelnik nie ma innego wyjścia, musi się zatrzymać i zastanowić, jak wygląda jego codzienność. Czy potrafi dostrzec, co jest naprawdę ważne? Czy potrafi wyznaczyć sobie w życiu priorytety?

W „Najcenniejszym darze” czytamy o czystej, niczym nieuwarunkowanej miłości rodzicielskiej. Klimat świąt Bożego Narodzenia, który towarzyszy nam od pierwszej do ostatniej strony, tylko pomaga wczuć się w tą rodzinną, ciepłą atmosferę.

Naprawdę nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć o tej książce. Nie chcę zdradzać fabuły, więc nie mam zbyt dużego pola do popisu. Chętnie sięgnę po inne książki Richarda Paula Evansa. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat jego twórczości. Moja przyjaciółka, zapytana przeze mnie o książki tego autora, odpowiedziała mi jednym słowem, które mówi wszystko.

Piękne.

Ocena: 5+/6

niedziela, 19 października 2014

114. John Marsden - "Jutro 4. Przyjaciele mroku" [4]

z serii "Jutro"


wyd. Znak, stron 267

Ellie i jej przyjaciele zostali uratowani przez nowozelandzkich żołnierzy. Mogą w końcu zregenerować siły i odpocząć od ciągłej walki z wrogiem. W okupowanej Australii nadal jednak znajdują się ich najbliżsi – rodzice, rodzeństwo, znajomi. Dlatego też nastolatkowie nie wahają się, gdy dowódca wojsk, które ich uratowały, nakazuje im wrócić do ojczyzny i pomóc jego ludziom zaatakować wroga.
Szybko jednak okazuje się, że nie wszystko idzie po ich myśli. Ellie, Kevin, Homer, Lee i Fi znów muszą radzić sobie sami i z determinacją walczyć o kraj oraz o własne życie…

Seria „Jutro” już dawno ulokowała się dość wysoko w moim rankingu książek wartych polecenia. Choć to już czwarty tom, nadal dużo się dzieje, a wydarzenia opisywane przez autora nie sprawiają wrażenia wymyślonych na siłę, byle by tylko powstał następny tom. Bohaterowie różnie zachowują się w obliczu wojny i w tym tomie świetnie widać, jak wielką przeszli oni przemianę oraz jak bardzo nauczyli się dostosowywać do konkretnych warunków.

Razem z bohaterami przeżywałam każdą ich porażkę i każdy sukces. Gdy brałam książkę do ręki, automatycznie przenosiłam się do Piekła, w którym przyszło żyć nastolatkom. Zdarzało się, że płakałam, gdy i oni płakali. Pierwszoosobowa narracja tylko pomogła we wczuciu się w sytuację, w jakiej znalazła się opowiadająca tę historię Ellie.

Skończyłam czytać czwarty tom i od razu sięgam po piąty. Na szczęście wypożyczyłam obydwa. Gdybym  tego nie zrobiła, pewnie biegłabym teraz do biblioteki. „Jutro” uzależnia.

Do samego wydania raczej nie mam zarzutów, błędów nie znalazłam. Okładka jest bardzo charakterystyczna dla tej serii.

Wiem, że „Jutro” ma zarówno fanów, jak i antyfanów. Ja zdecydowanie utożsamiam się z tymi pierwszymi. Polecam gorąco – przeczytajcie pierwszy tom. Dalej będzie już tylko ciekawiej.


Ocena: 5/6

***

Nie mam czasu czytać... Nie mam czasu odwiedzać Waszych blogów ani zaglądać na swój... :(

sobota, 4 października 2014

113. Agnieszka Grzelak - "Herbata szczęścia" [1]

z serii "Blask Corredo"


wyd. Prószyński i S-ka, stron 312

Utalentowana artystka, wychowanka Wyspy Sierot, Szklarka, dostaje niezwykłe zlecenie. Ma namalować herbatę szczęścia – roślinę, której nikomu wcześniej nie udało się znaleźć. Kobieta, chcąc jak najlepiej wykonać swoje zadanie, rozpoczyna poszukiwania tajemniczej herbaty i niechętnie powraca na Wyspę Sierot, gdzie znów będzie zmuszona przebywać w obecności rygorystycznych instruktorek. Szklarka nie wie, że jej podróż odmieni jej życie na zawsze…
Jaką tajemnicę skrywają instruktorki i dlaczego żadna z dziewczynek na Wyspie Sierot nie wie nic o swoich rodzicach? Jaką rolę w życiu Szklarki odegra hrabia Sedun, który wyruszył na owianą tajemnicą Wyspę Nut, by także szukać herbaty szczęścia? I czy to ziele istnieje naprawdę?

„Herbata szczęścia” to powieść tak magiczna, że pochłonęła mnie bez reszty. Nieco bajkowa okładka sprawiła, że sięgałam po tę książkę z lekkim dystansem, ponieważ obawiałam się, iż będzie to opowieść dla dzieci, co najwyżej dla młodszej młodzieży. Jakie więc było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się, że pani Agnieszka Grzelak stworzyła historię idealną dla niemalże każdego czytelnika! „Herbata szczęścia” z pewnością przypadnie do gustu zarówno jedenastolatkowi, jak i czytelnikowi, który okres młodzieńczy ma już za sobą.

Baśń. To pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl po lekturze tej książki. Walka dobra ze złem, miłości z zazdrością, dużo fantastyki – magiczna wyspa wędrująca między dwoma wymiarami, postaci potrafiące wędrować między światem realnym a światem ukrytym w książkach. Bohaterów od razu bardzo polubiłam (oczywiście tych dobrych), a fabuła wciągnęła mnie niemalże od pierwszej strony. Autorka stworzyła świetną, oryginalną opowieść, która młodszych czytelników uczy doceniania takich wartości jak przyjaźń czy miłość, a starszych zmusza do refleksji nad tym, czy kierują swoim życiem odpowiednio.

Opowieść kończy się tak, że można by uznać to za zakończenie definitywne. Dopiero po lekturze znalazłam w Internecie kolejne tomy serii. Wszystkie mają całkiem dobre oceny. Może kiedyś je przeczytam, ale jakoś szczególnie mi nie zależy.

Okładka, jak już wspomniałam, jest bardzo kolorowa i bajeczna. Choć jest bardzo ładna, dość długo zniechęcała mnie do sięgnięcia po tę książkę.

Polecam każdemu, kto chce oderwać się choć na chwilę od rzeczywistości i przenieść się razem z bohaterami na fantastyczną Wyspę Nut, by pomóc bohaterom w poszukiwaniach herbaty szczęścia.

Ocena: 5/6

piątek, 26 września 2014

112. Hanna Krall - "Zdążyć przed Panem Bogiem"


wyd. a5, stron 109

Marek Edelman w przeprowadzonym przez Hannę Krall wywiadzie relacjonuje wydarzenia i przeżycia sprzed kilkudziesięciu lat – z okresu powstania w getcie warszawskim w 1943 roku oraz z życia w tym getcie przed powstaniem. Z reportażu możemy dowiedzieć się, jacy ludzie mieszkali w getcie, jak zmieniali się pod wpływem Niemców oraz jak próbowali walczyć z holocaustem. Edelman opowiada także o sobie jako lekarzu, o swojej pracy lekarskiej w klinice. Opowiada o tym, że jego życie jest ciągłą walką ze śmiercią.

Literatura okresu wojny i okupacji trochę mnie przeraża. Ciężko czyta mi się o tych wszystkich okropieństwach, które wtedy zostały wyrządzone ludzkości, wręcz nie chce mi się wierzyć, że ktoś byłby skłonny do takiego okrucieństwa. „Zdążyć przed Panem Bogiem” nie jest bardzo drastycznym reportażem, więc czytało mi się łatwiej niż na przykład opowiadania Borowskiego, które były dla mnie zwyczajnie przerażające.

Czyta się dość szybko, choć treść jest nieco chaotyczna, nie jest przestrzegana chronologia wydarzeń, niektóre informacje są powtarzane po kilka razy. Czasem występuje dialog, innym razem narracja jest opisowa i czytelnik odnosi wrażenie, że ma przed sobą jakieś sprawozdanie. Pojawiają się nawet fragmenty liryczne. Trzeba się skupić, żeby dobrze odróżnić jedne fragmenty reportażu od drugich i nie pogubić się w treści. Pod koniec wszystko układa się w głowie w jedną całość i pozostaje tylko podziwiać odwagę i zachowanie Żydów, którzy niejednokrotnie musieli wybierać między śmiercią a… śmiercią.

Okładka mojego wydania nieco mnie wzruszyła, zwłaszcza po lekturze reportażu. Kawał dobrej roboty.


Ocena: 5/6

***

No i nadszedł ten czas: wyprowadzam się. Obce miasto, studia, zupełnie obcy ludzie... Jestem przerażona :)

sobota, 20 września 2014

111. Tehereh Mafi - "Dotyk Julii" [1]


wyd. Otwarte, stron 332

Julia ma siedemnaście lat i przebywa w zakładzie dla obłąkanych. Trzy lata temu stało się coś, co sprawiło, że jej beznadziejne życie stało się jeszcze gorsze.
Zabiła dziecko.
Nie celowo. Nie chciała zrobić nic złego. Chciała pomóc dziecku, które upadło. Zapomniała przez moment o jednym.
Jej dotyk zabija.
W szpitalu poznaje spotyka ponownie Adama. Bardzo szybko odnajduje w nim bratnią duszę. Wtedy też okazuje się, że niezwykłą umiejętność dziewczyny chce wykorzystać Komitet Odnowy. A Julia się buntuje. Nie chce być marionetką w cudzych rękach.

„Dotyk Julii” to pierwszy tom serii. Serii, o której usłyszałam mnóstwo pozytywnych opinii i po którą sięgnęłam dopiero, gdy szał związany z nią spadł. Czy podzielam zdanie czytelników, którzy tak zachwalali tę pozycję?

Autorka miała świetny, oryginalny pomysł. Julia jest niezwykłą dziewczyną, nastolatką, która musiała dorosnąć już jako dziecko, gdy rodzice odrzucili ją i zrobili wszystko, by pozbyć się jej z domu. Jest spragniona miłości, akceptacji i bliskości drugiego człowieka. Nikt nigdy jej nie dotykał. Czytałam i próbowałam sobie wyobrazić, jak to by było być na jej miejscu. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, jak okropne musiało być życie głównej bohaterki. Było mi jej żal, rozumiałam także, dlaczego tak przesadnie odczuwa bliskość Adama, jej sytuacja powodowała moje wzruszenie.

Początek książki wprowadza, wyjaśnia, przedstawia bohaterów i sytuację. Później rozpoczyna się akcja, która trwa nieprzerwanie niemalże do ostatniej strony. Choć momentami wątki są przewidywalne, to i tak czyta się z zapartym tchem.

Autorka pisze całkiem nieźle i, cóż, oryginalnie. Niektóre przemyślenia Julii są przekreślone, jednak pozostają widoczne dla czytelnika. Pomaga to lepiej poznać tytułową bohaterkę i zrozumieć, co takiego wolałaby wyprzeć z umysłu.

Uwielbiam okładkę tej książki. Mogłabym się na nią patrzeć godzinami!

Gorąco polecam „Dotyk Julii” wszystkim, którzy jeszcze nie mieli tej książki w łapkach. :)

Ocena: 5/6

poniedziałek, 15 września 2014

110. Suzanne Collins - "Kosogłos" [3]

z serii "Igrzyska Śmierci"


wyd. Media Rodzina, stron 373

Ćwierćwiecze Poskromienia nie przebiegło tak, jak życzyłby sobie Kapitol.
Katniss Everdeen znajduje się teraz w Trzynastym Dystrykcie, który przygotowuje się do wojny przeciwko prezydentowi Snowowi. Jest załamana i przerażona, tymczasem oczekuje się od niej, że pod postacią Kosogłosa stanie się symbolem rebelii. Dziewczyna, wyniszczona zarówno psychicznie jak i fizycznie, ostatecznie decyduje się podjąć walkę. Nie wie jednak, że na wojnie nawet przyjaciel może stać się wrogiem…

Jeny, dlaczego ta seria skończyła się tak szybko? Teraz pozostaje mi czekać do listopada na premierę w kinie…

„Kosogłos” przeczytałam równie szybko jak poprzednie tomy. Ledwo zdążyłam otworzyć książkę, a już z żalem ją zamknęłam, smutna, że moja przygoda z „The Hunger Games” dobiegła końca. Seria pochłonęła mnie bez końca, szczerze ją pokochałam i aż dziw mnie bierze, jak długo mogłam ją od siebie odpychać.

SPOILERY!

Ta część serii nieco różni się od poprzednich. Dystrykty są w stanie otwartej wojny. Życie Katniss zmieniło się jeszcze bardziej, odkąd zamieszkała w legendarnej Trzynastce. Jest zupełnie inną dziewczyną niż Kotna, którą poznawaliśmy na pierwszych stronach „Igrzysk Śmierci”. Zresztą o niemalże wszystkich bohaterach możemy powiedzieć, że przeszli mniejszą lub większą przemianę: Peeta wyniszczony przez Kapitol, Gale żądny krwi i pochłonięty zabijaniem, co doprowadza do tragedii, przedwcześnie dojrzała Prim, którą spotkał naprawdę okropny i niesprawiedliwy los. Bohaterowie walczą o swoje, już niebawem okaże się, kto zwycięży - Kapitol czy rebelianci. Napięcie jest wyczuwane na każdej stronie. Oczywiście mnóstwo bohaterów ginie, a opisy ich śmierci przerażają, nawet jeśli nie są drastycznie opisane (Finnick…).

KONIEC SPOILERÓW!

Gdybym miała podsumowywać całą serię: „Kosogłos” według mnie nie jest AŻ TAK ciekawy jak „Igrzyska Śmierci” i „W pierścieniu ognia”. Wiem, że każdy może mieć inne odczucia, ale osobiście wolałam czytać o bohaterach, którzy walczą o przetrwanie podczas Głodowych Igrzysk, niż w trakcie powstania. Co nie zmienia faktu, że i tak uważam, że Collins odwaliła kawał dobrej roboty. Seria ta była moim pierwszym zetknięciem z takim gatunkiem jak antyutopia i nie żałuję, gdyż dzięki temu chętnie poznam podobne książki (co polecacie?).


Ocena: 6/6

wtorek, 9 września 2014

109. Patrick Süskind - "Pachnidło. Historia pewnego mordercy"


wyd. Świat Książki, stron 254

Jan Baptysta Grenouille to niepospolity człowiek – mężczyzna nie wydziela żadnego zapachu. Ma jednak niezwykły talent, nadludzki węch, dzięki któremu jest w stanie rozróżniać i zapamiętywać wszystkie zapachy na świecie oraz w głowie tworzyć z nich kompozycje, które następnie może produkować w rzeczywistości.
Pewnego dnia spotyka się z zapachem piękniejszym niż wszystkie inne, delikatnym i niezwykłym tak bardzo, że nie jest w stanie poczuć go żaden zwyczajny śmiertelnik – zapachem młodej dziewicy. Od tamtej pory Grenouille ma jeden cel: stworzyć perfum o tym zapachu, nie patrząc na ofiary, które musi poświęcić…

Z książką pewnie nie spotkałabym się zbyt prędko, ponieważ wcześniej o niej nie słyszałam. Poleciła mi ją polonistka, jako ciekawe uzupełnienie mojej pracy maturalnej (kiedy to było? ;)). Przeczytałam i okazało się, że faktycznie powieść świetnie pasuje do mojej bibliografii, a przede wszystkim jest niezwykłym doświadczeniem czytelniczym.

Pomimo tego, że lekturę „Pachnidła” zakończyłam już dość dawno, nadal nie bardzo wiem, jakie są moje odczucia. Z jednej strony autor wciągnął mnie w świat osiemnastowiecznego Paryża, jego opisy były tak obrazowe, że czułam się, jakbym naprawdę tam była. Z drugiej strony czuję lekkie zniesmaczenie, gdyż zakończenie jest… co najmniej przerażające. Grenouille to okropny człowiek. Zbrodniarz, którego motywy ciężko wyjaśnić. Ale czy ta książka byłaby ciekawa, gdyby taki nie był? Zdecydowanie nie.

Cóż, nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Jestem także po obejrzeniu ekranizacji – zabierałam się za to bardzo długo, ponieważ zwyczajnie bałam się tego, co miałam zobaczyć. Czy ktoś z Was będzie zaskoczony, jeśli powiem, że ekranizacja może się schować przed książką? :)

Błędów w wydaniu nie znalazłam, a czytałam dokładnie, niektóre fragmenty po dwa razy, ponieważ robiłam dużo notatek do ustnej matury. Okładka jest intrygująca: naga, martwa kobieta, której ciało pokrywają kwiaty…


Ocena: 5/6

czwartek, 4 września 2014

108. John Marsden - "Jutro 3. W objęciach chłodu" [3]

z serii "Jutro"


wyd. Znak, stron 269

Po śmierci jednego z przyjaciół Ellie i reszta ekipy czują się okropnie. Przez moment mają ochotę poddać się wrogowi. Na szczęście jednak podejmują zupełnie odmienną decyzję – postanawiają ponownie zaatakować najeźdźców, tym razem niszcząc najważniejszy punkt komunikacyjny, Zatokę Szewca. Nie wiedzą jednak, jak trudny cel sobie wyznaczyli…

To już trzeci tom, a autor ciągle zasypuje nas nowymi pomysłami. Wojna trwa w najlepsze i wydaje się, że to wróg jest bliżej odniesienia sukcesu. Mimo wszystko bohaterowie ciągle zaskakują czytelnika swoimi niesamowitymi pomysłami, odwagą i determinacją. Znów widzimy, jak bardzo się zmienili. Oni sami przestają się poznawać – zastanawiają się, czy nadal są ludźmi, czy może zamienili się w nieczułe maszyny do zabijania żołnierzy. W pewnym momencie sama zaczęłam się zastanawiać, jak zachowywałabym się i co stałoby się ze mną, gdybym stanęła w obliczu otwartej wojny… Obym nigdy się tego nie dowiedziała.

Styl pisania pozostaje ten sam. Ciągle czytamy pierwszoosobową relację Ellie, która opowiada nie tylko akcję, ale także przybliża emocje i myśli bohaterów. Tym razem jest o tyle ciekawie, że nastolatkowie wpadają w naprawdę ogromne tarapaty… (Jakby już sama wojna nie była wystarczającym problemem. – przyp. aut.)

Od samego początku, od pierwszego tomu, spodobał mi się fakt, że autor nie wyolbrzymia wątków romantycznych. Może właśnie dlatego, że to facet? :p Jednak naprawdę jest to bardzo dobry zabieg, skupiamy się na akcji, a nie na nikomu niepotrzebnych miłostkach, które mogłyby zaburzyć całą koncepcję powieści. Wątek romantyczny jest, ale w każdym z tomów, które dotychczas przeczytałam, obejmuje zaledwie krótki epizod. I dobrze! Jak thriller, to thriller, jak sensacja, to sensacja, a nie żadne romansidło.

Okładka przedstawia chłopaka i dziewczynę, stojących w cieniu na skarpie i obserwujących wybuch, pewnie płonącą Zatokę Szewca.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 1 września 2014

Stosik na początek września

Witam Was w ten zimny, deszczowy, wrześniowy dzień!
Odwiedziłam dziś bibliotekę, która wreszcie została otwarta po miesięcznej przerwie. Stąd też nowe książki i, oczywiście, stosik.

Z racji tego, iż postanowiłam do końca tego roku zakończyć wszystkie rozpoczęte serie (a jest ich naprawdę mnóstwo), na stosie są prawie wyłącznie kontynuacje.

Zapraszam do obejrzenia :)


Na samej górze książka, dla której biegłam do biblioteki rano, by zdążyć na samo otwarcie. W internetowym katalogu mojej biblioteki wyczytałam, że jest dostępny dokładnie jeden egzemplarz, a że seria jest cały czas rozchwytywana, pędziłam, by zdążyć go wypożyczyć, nim zrobi to ktoś inny. Tak więc "Kosogłos" Suzanne Collins, czyli trzeci tom "Igrzysk Śmierci", serii, którą szczerze pokochałam.

Niżej dwa ostatnie tomy serii "Jutro" Johna Marsdena: "Jutro 6. Cienie" i "Jutro 7. Po drugiej stronie świtu". Powstała także kilkutomowa kontynuacja serii, "Kroniki Ellie", za które planuję się zabrać po dokończeniu "Jutra".

Na dole książka pożyczona nie z biblioteki, ale od mojej mamy - moje pierwsze spotkanie z wychwalaną Norą Roberts, "Lasy w płomieniach". Jestem bardzo ciekawa tej autorki, dlatego też nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam tę książkę :)


Tutaj książki w stylu paranormal, od góry "Bezzmienna" Gail Carriger, czyli drugi tom serii "Protektorat parasola". Szczerze mówiąc nie pamiętam, o czym był pierwszy tom, czytałam go ze dwa-trzy lata temu i raczej nie przypadł mi do gustu, ale mam zamiar poszperać w Internecie i spróbować z drugą częścią.

Następnie "W cieniu klątwy" Alyson Noel, książka, którą kiedyś czytałam w e-booku, nie napisałam jej recenzji i niezbyt pamiętam, o co w niej chodziło. Jest to trzeci tom serii "Nieśmiertelni" i choć z początku chciałam od razu sięgnąć po tom czwarty, to jednak ostatecznie postanowiłam sobie odświeżyć "W cieniu klątwy".

Poniżej czwarty (i chyba ostatni, jeśli nie, to mnie poprawcie) tom Księgi Wszystkich Dusz Deborah Harkness, "Powrót". Seria z tomu na tom staje się słabsza, więc jestem ciekawa, w jaki sposób autorka chce zakończyć tę historię (i czy w ogóle dotrwam do końca).

Na końcu "Ujawniona" P.C. Cast i Kristin Cast, czyli jedenasty (!) tom "Domu Nocy". Książka jest moją własnością, właśnie ją czytam i póki co jestem nawet pozytywnie zaskoczona.







"Kubuś Puchatek" A.A. Milne'a znalazł się na stosie nieprzypadkowo. Zorientowałam się, że mój pięcioletni siostrzeniec nie wie, kim jest Kubuś, jakich ma przyjaciół, gdzie mieszka... Natychmiast wzięłam sprawy w swoje ręce i teraz ciocia czyta dziecku "Kubusia Puchatka". Nie ukrywam, że sama mam z tego niezłą frajdę!






A tutaj Disney'owska podróbka, "Przygody i zabawy Kubusia Puchatka", pięknie ilustrowana książka, a w niej kilka opowiadań, idealnych dla pięciolatka, który nie potrafi siedzieć długo nad książką :)









Na dzisiaj to już wszystko. Mam co robić! A wszystkim uczniom z okazji pierwszego września życzę powodzenia w nowym roku szkolnym. :)

sobota, 30 sierpnia 2014

107. Elizabeth Chandler - "Potęga miłości" [2]

z serii "Pocałunek anioła"


wyd. Dolnośląskie, stron 214

Ivy przestała wierzyć w anioły. Jej chłopak nie żyje, a ona nie potrafi pogodzić się ze stratą. Ciężko jest jej wrócić do normalnego życia, a sprawę komplikuje relacja, która zaczyna ją łączyć z przyszywanym bratem, Gregorym. Tymczasem Tristan powrócił na ziemię jako anioł i za wszelką cenę próbuje ostrzec Ivy przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Jednakże dziewczyna jest całkowicie zamknięta na wszelkie znaki, które jej wysyła…

„Pocałunek anioła” mnie nie zachwycił. Dostał niską ocenę, ponieważ wszystko było przewidywalne, a na dodatek pierwszy tom był jednym długim prologiem, w którym nic się nie działo. Czy „Potęga miłości” bardziej mnie urzekła?

Po pierwsze: opis na tylniej okładce. Ogromnym minusem pierwszego tomu było to, że wszystko było streszczone w opisie. Naprawdę wszystko. Tu na szczęście nie popełniono już tego błędu. Więc czytamy.

A w książce… paranormal romance. Nieszczęśliwa miłość, niebezpieczne zauroczenie, kłamstwa i zagadki. „Potęga miłości” jest o wiele lepsza niż poprzedni tom i cieszę się, że dałam jej szansę. Nie wiadomo, po czyjej stronie mamy stać. Choć ciągłe cierpienie Ivy może w pewnym momencie wydać się męczące, to można je zrozumieć. Szuka szczęścia i próbuje żyć dalej, choć to nie łatwe. Jest ufna, co – jak okazuje się na końcu książki – nie wychodzi jej na dobre.

Okładka przedstawia mężczyznę – anioła. Zapewne to Tristan.

Ocena: 4/6

***

Recenzja krótka i słaba. Generalnie skupiłam się teraz na dalszych zmianach wyglądu bloga, poza tym robię generalne porządki na LC (końca nie widać)... Ech.

środa, 27 sierpnia 2014

106. Suzanne Collins - "W pierścieniu ognia" [2]

z serii "Igrzyska śmierci"


wyd. Media Rodzina, stron 360

Głodowe Igrzyska dobiegły końca i wydawać by się mogło, że Katniss może bezpiecznie wrócić do domu i prowadzić pozornie normalne życie. Okazuje się jednak, że jej zachowanie podczas Igrzysk wywarło duże wrażenie na mieszkańcach dwunastu zniewolonych dystryktów, którzy dostrzegli szansę wyzwolenia się spod władzy Kapitolu. Prezydent oskarża Katniss o podburzenie ludzi do buntu i szuka sposobu na ciche usunięcie dziewczyny. Nie liczy się jednak z tym, że nastolatka nie da się łatwo zniszczyć – ma wielu sprzymierzeńców gotowych poświęcić dla niej życie. Dzięki przyjaciołom Katniss dostrzega szansę obalenia Kapitolu, jednak nie wie, że pragnący zemsty bogaci urzędnicy państwowi szykują dla niej śmiertelną pułapkę, ukrywając ją pod hasłem jubileuszowych 75. Igrzysk Głodowych…

Po drugi tom „Igrzysk” sięgnęłam niemalże od razu po odstawieniu pierwszej części na półkę. Byłam niezmiernie ciekawa, co dalej, pani Collins udało się do mnie przemówić, więc zależało mi na tym, by jak najszybciej poznać dalsze losy Katniss. Dzięki temu, że przerwa pomiędzy tomami była tak króciutka, poczułam się, jakbym czytała po prostu kolejny rozdział „Igrzysk Śmierci”. Akcja toczy się już od pierwszej strony, nie ma obszernych wstępów, niepotrzebnych opisów. Od razu przenosimy się do Dwunastego Dystryktu, gdzie główna bohaterka przygotowuje się do Tournée Zwycięzców – podróży po wszystkich dystryktach. Dowiadujemy, jak zmieniły się jej relacje z Galem i Peetą, z matką oraz innymi mieszkańcami miasteczka. Poznajemy zamiary prezydenta Snowa, czytamy o nastrojach panujących w innych częściach kraju.

Ciężko pisze się recenzję drugiego tomu, zwłaszcza, gdy jest on tak samo dobry (lepszy?) jak poprzedni. Po pierwsze, spoilery. Ciężko ich uniknąć. Chciałabym bardziej rozpisać się w kwestii fabuły, ale nie chcę zdradzać zbyt wielu tajemnic, ponieważ istnieją jeszcze czytelnicy (o dziwo), którzy nie czytali serii. Faktu, że Katniss zwyciężyła w Igrzyskach, nie uważam za spoiler – chyba nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej.

Po drugie, łatwiej byłoby mi recenzować „W pierścieniu ognia”, gdyby książka była zdecydowanie lepsza/zdecydowanie gorsza niż poprzedniczka. Tymczasem autorka utrzymała drugi tom na tak samo wysokim poziomie jak pierwszy, który wychwaliłam już za wszystkie czasy. Nadal dużo się dzieje, książka nadal potrafi wycisnąć łzy i wzbudzić głośny śmiech. Bohaterowie są naprawdę wspaniali i doskonale dopracowani, zarówno ci źli, jak i dobrzy. Jedyne, co mogę zarzucić tej książce to fakt, że tak szybko się kończy - a ja nie mam następnego tomu na półce.

Starym zwyczajem, śmigam teraz oglądać ekranizację drugiej części. A wersję książkową oceniam na 6!

***


Jak już jesteśmy przy ekranizacjach… Obejrzałam „Igrzyska śmierci” - część pierwszą. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że gdybym nie przeczytała przedtem książki, to miałabym problem ze zrozumieniem niektórych sytuacji? Wydaje mi się, że pominięto kilka istotnych szczegółów i przez to ekranizacja mogła mi się wydać trudniejsza w odbiorze dla osoby, która nie czytała serii pani Collins. Jak to było z Wami: zaczynaliście od książki czy filmu? Jak odczucia?

niedziela, 24 sierpnia 2014

105. Suzanne Collins - "Igrzyska śmierci" [1]

z serii "Igrzyska śmierci"


wyd. Media Rodzina, stron 351

Na obszarze dawnej Ameryki Północnej rozciąga się obecnie państwo Panem, podzielone na dwanaście dystryktów. Władze państwa są niezwykle rygorystyczne i okrutne. Zmuszają mieszkańców poszczególnych dystryktów do pracy ponad siły, pobierają od nich daniny i nie zapewniają podstawowych środków do życia. Ponadto rokrocznie organizowane są Głodowe Igrzyska, do udziału w których z każdego dystryktu losowana jest para nastolatków pomiędzy dwunastym a osiemnastym rokiem życia. Udział w Igrzyskach jest obowiązkowy i oznacza walkę o na śmierć i życie z innymi uczestnikami wydarzenia, transmitowaną przez telewizję we wszystkich zakątkach kraju.
Katniss Everdeen od czasu śmierci ojca jest jedyną żywicielką rodziny. Jej matka pogrążyła się w wieloletniej żałobie, a mała siostra jest zbyt krucha i delikatna by podołać obowiązkom. Dlatego Katniss żyje z dnia na dzień kłusując, by przetrwać w pogrążonym w głodzie Dwunastym Dystrykcie. Jest przyzwyczajona do życia w strachu, jednak żadne z wcześniejszych doświadczeń nie przeraziło jej bardziej niż to, że jej ukochana siostrzyczka została wylosowana do udziału w Igrzyskach. Katniss widzi tylko jedno wyjście: poświęcić się i zastąpić siostrę. Zgłasza się więc na ochotniczkę i od tej pory jest uczestnikiem Siedemdziesiątych Czwartych Głodowych Igrzysk.

Moda na „Igrzyska śmierci” trwała bardzo długo (może nawet trwa nadal), ale ja, starym zwyczajem, przeczekałam największy boom i dopiero teraz sięgnęłam po serię. Przeczytałam chyba z milion pozytywnych opinii, setki razy odmawiałam obejrzenia ekranizacji – chciałam najpierw zapoznać się z książką. Dlatego, gdy w końcu dostałam „Igrzyska” w swoje łapki, spodziewałam się czegoś naprawdę wspaniałego, wręcz perfekcyjnego. Czy moje oczekiwania się spełniły?

Wzięłam książkę do ręki. Obejrzałam okładkę, przeczytałam informacje na zakładkach, opis książki. Już wtedy wiedziałam, że nigdy nie miałam okazji przeczytać książki o podobnej tematyce. Zachęcona i zaciekawiona zaczęłam czytać.

Po przeczytaniu opisu fabuły na okładce nie wiedziałam za bardzo, o co chodzi. Jakieś państwo podzielone na jakieś dystrykty, ludzie traktowani jak niewolnicy, do tego jakieś Igrzyska odbywające się na specjalnie przygotowanej arenie… No co jest, cofamy się w przeszłość? Pierwszy rozdział rozwiał moje wątpliwości. Katniss, jako narrator pierwszoosobowy, wszystko płynnie wyjaśniła. Strukturę państwa, sposób jego funkcjonowania, główną myśl i przyczynę Igrzysk Głodowych. Nie, pomyślałam wtedy, nie jesteśmy w przeszłości. To PRZYSZŁOŚĆ.

Katniss od razu bardzo przypadła mi do gustu. Dziewczyna, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Wie czego chce. Nikt nie będzie decydował kiedy i w jaki sposób ma umrzeć, o nie. Jest nieufna i rozważna. Jest także przerażona. Ale kto by nie był? Trochę gubi się w swoich uczuciach, ale nie pozwala, by wpłynęło to na jej postępowanie na Igrzyskach. Katniss pragnie dotrzymać słowa danego młodszej siostrze i przyjacielowi. Chce przeżyć.

Pani Collins stworzyła jednak innych, równie wartych uwagi bohaterów. Drugi reprezentant Dwunastego Dystryktu, Peeta, także mnie zaintrygował. Na początku ciężko mi było go rozgryźć. Nie potrafiłam stwierdzić, jaki jest naprawdę i o co mu właściwie chodzi, a już na pewno nie pomagała mi w tym podejrzliwość głównej bohaterki. W ostatecznym rozrachunku również go polubiłam. Czasem łapałam się na tym, że jest mi go żal. Katniss nie zawsze zachowywała się właściwie w stosunku do niego (choć może nieświadomie).

Mogłabym dalej wymieniać moich ulubionych bohaterów. Cinna. Mała Rue. Gale. Ale dosyć mówienia o bohaterach. Pora przejść do tego, co zachwyciło mnie najbardziej.

Pomysł. Fabuła. Akcja.

Igrzyska Głodowe są okropne. Ciężko uwierzyć, że ktoś byłby w stanie wymyśleć coś takiego. Bo co to za pomysł, żeby kazać młodym ludziom zabijać siebie nawzajem dla rozrywki innych? Obstawianie zakładów, komu uda się przeżyć kolejny dzień? Obserwowanie na ekranach telewizorów, jak dzieci rzucają w siebie oszczepami, strzelają do siebie z łuku, skręcają sobie karki i rozpruwają brzuchy nożami? To chore!

Czy to właśnie w tą stronę zmierza świat?

Jak zapewne zdążyliście się już zorientować, ta książka porządnie mną wstrząsnęła. Zwłaszcza, że ma w sobie coś takiego, co sprawia, że czytasz dalej, choć najchętniej zamknąłbyś oczy i ominął opisy okropnych wydarzeń. Akcja posuwa się do przodu, a Ty razem z Katniss boisz się, cierpisz, walczysz. W końcu książka się kończy, a do Ciebie dociera, że tak naprawdę to dopiero początek.

Teraz pora na ekranizację. Słyszałam, że w porównaniu z książką jest beznadziejna, ale i tak chcę się przekonać. No i oczywiście drugi tom. „W pierścieniu ognia” już czeka na mojej półce. Nie mogę się doczekać.

I z czystym sercem, pierwszy raz od dawna, daję 6/6.

***

Jeszcze raz zapraszam do polubienia strony mojego bloga na facebooku - TUTAJ :)

piątek, 22 sierpnia 2014

104. Stephenie Meyer - "Drugie życie Bree Tanner"

na motywach "Zaćmienia"


wyd. Dolnośląskie, stron 195

Bree Tanner jest nowonarodzonym wampirem ogarniętym żądzą krwi. Nigdy nie chciała nim zostać. Tymczasem, nieoswojona ze swoimi nowymi umiejętnościami i uczuciami, zostaje wcielona do krwiożerczej armii nowonarodzonych, która jest przygotowywana do walki ze starszymi i silniejszymi wampirami. To może mieć tylko jedno zakończenie…

„Drugie życie Bree Tanner” czytałam bardzo dawno temu, gdy jeszcze nie istniało os-meus-libros. Dlatego też nie powstała wtedy żadna recenzja. Jednak gdy niedawno układałam po remoncie książki na półce, spojrzałam na Bree i stwierdziłam, że naprawdę warto napisać o niej kilka słów.

„Drugie życie…” to uzupełnienie sagi „Zmierzch”. Sama seria, jak już wspominałam przy okazji jej recenzowania, nie odmieniła jakoś szczególnie mojego życia i w zasadzie była mi obojętna, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Kojarzyłam, o kim będzie książka, ale ponieważ Bree pojawiła się w „Zaćmieniu” dosłownie na momencik, wiedziałam jedynie, że jest nowonarodzoną, której historia kończy się naprawdę tragicznie.

Pamiętam, że książkę przeczytałam bardzo szybko. To była kwestia około trzech godzin. Gdy raz zaczęłam czytać, oderwałam się od książki (a właściwie ebooka) dopiero, gdy skończyłam. Byłam bardzo zaskoczona, że autorka „Zmierzchu” potrafi stworzyć historię pisaną oczami innej bohaterki, zupełnie różnej od mdłej Belli. W książce było ukazanych mnóstwo uczuć. Bree nie miała wsparcia, nikt nie pomagał jej w okiełznaniu ogarniającej ją żądzy ludzkiej krwi. Wyostrzone zmysły i uczucia przepełniały ją. Wykonywała rozkazy Rileya nie zdając sobie sprawy, że ona i jej towarzysze są zwyczajnie oszukiwani i wystawieni na pewną śmierć. Bree Tanner to bohaterka, której czytelnik żałuje, którą na pewno polubi i z którą bardzo ciężko będzie mu się rozstać.

Każdy, kto czytał „Zaćmienie” wie, jak zakończy się ta historia. Ja także wiedziałam. I modliłam się, by autorka na końcu coś wymyśliła, w jakiś sposób zmieniła zakończenie. Nic takiego się nie stało. A ja ryczałam jak bóbr. Bolało rozstanie z każdym bohaterem, ponieważ Meyer stworzyła naprawdę niesamowite, choć tragiczne postacie. Ale Bree… to Bree. Zasługiwała na coś więcej.

Okładka jest upodobniona do sagi, by wpasować książkę w serię. Przedstawia klepsydrę, w której przesypuje się krwistoczerwony piasek.

Każdy fan sagi na pewno ma tę książkę już za sobą. Polecam ją także tym, którzy czytali serię i nie przypadła im ona do gustu. Bree jest inna. Przeczytać mogą również czytelnicy w ogóle nie wiedzący, o co w „Zmierzchu” chodzi, poradzą sobie na pewno, gdy potraktują „Drugie życie…” jako odrębną historię.

U mnie, jako anty-fanki „Zmierzchu”, Bree zajmuje szczególne miejsce, zarówno na półce, jak i w sercu.


Ocena: 5/6

środa, 20 sierpnia 2014

103. Paul Cleave - "Godzina śmierci"


Weltbild, stron 240

Charlie budzi się zakrwawiony i obolały. Okazuje się, że poprzedniego wieczoru był uczestnikiem morderstwa dwóch młodych kobiet. Choć to nie on zabił, wszystkie ślady na miejscu zbrodni wskazują właśnie na niego. Mężczyzna wie, że prawdziwym mordercą jest Cyris. Jednak nikt, nawet jego była żona, Jo, nie wierzy w to. W zaistniałej sytuacji Charlie postanawia sam odnaleźć Cyrisa i udowodnić swoją niewinność, w głębi duszy zastanawiając się, czy Cyris nie jest jedynie wytworem jego wyobraźni…

„Godzina śmierci” to pierwszy thriller psychologiczny, który dane mi było przeczytać. Podeszłam do gatunku nieco niepewnie – nie do końca wiedziałam, czy przypadnie mi do gustu. Jednakże kupiłam tę książkę na kiermaszu, siedziałam na dworcu PKP, mój pociąg miał ponad godzinne opóźnienie, więc z nudów zaczęłam czytać. Czytałam na dworcu, w pociągu, po powrocie do domu... i nic nie było w stanie oderwać mnie od lektury.

„Śmierć wisi w powietrzu. Unosi się tu przez całą noc, może jest tu od tygodnia, ale teraz muska moją spoconą twarz i szeptem mnie żegna.”

Charlie to niezwykły facet. Ciężko mi było z początku za nim nadążyć – gdzieś był, widział czyjąś śmierć, a może to właśnie on był mordercą? Sam wątpi w istnienie Cyrisa. Widzi duchy zamordowanych kobiet. Jest złożoną postacią, która znalazła się w złym miejscu o złej porze. Bardzo go polubiłam i z czasem było mi go coraz bardziej żal.

W książce autor ukazał jednak nie tylko zagubionego Charliego. Jest Cyris (tak, on istnieje) ze swoim uzależnieniem od leków przeciwbólowych, kochający zabijanie i pastwienie się nad ofiarami, ogarnięty żądzą pieniądza.

W końcu jest także Landry, postać według mnie jeszcze bardziej skomplikowana niż sam główny bohater. Policjant, który chce być najlepszy. Który wie, że śledztwo dotyczące zabójstwa tych dwóch kobiet to ostatnia sprawa, którą prowadzi. Ma raka i ostatnie pół roku życia przed sobą. Umiera w samotności. Chce schwytać psychopatycznego mordercę i zyskać respekt w pracy. Chce, by pamiętano o nim, gdy przejdzie na tamtą stronę. Jednak czy nie straci zdrowego rozsądku i przy tym także swojego człowieczeństwa?

Autor pisze w pierwszej osobie jako Charlie lub w trzeciej osobie opisując innych bohaterów. Jego powieść jest bardzo ciekawa i intrygująca, ciągle coś się dzieje, jest to faktycznie „Mocna fantastyczna historia trzymająca w napięciu aż do ostatniej strony”, jak to głosi okładka. Czytałam z zapartym tchem, a po ostatniej stronie czułam wręcz niedosyt – autor pozostawił zakończenie otwarte, więc dalszego ciągu historii możemy się jedynie domyślać.

Okładka jest głównym czynnikiem, który przyciągnął mój wzrok na kiermaszu. I nie chodzi mi wcale o grafikę – koleś idący słabo oświetlonym korytarzem, cienie i groza, elementy charakterystyczne dla thrillera czy kryminału. Zachwyciło mnie to, jaka jest w dotyku – lekko szorstka, a pod światło tak kusząca, że musiałam wziąć ją do ręki i „pomacać”. :)

Reasumując: świetna powieść. Już planuję szukanie innych książek Paula Cleave’a. A tę gorąco polecam.

Ocena: 5/6

***

Zmieniłam szablon! Na widok starego robiło mi się już niedobrze, więc nadszedł czas na odświeżenie wyglądu bloga :)

EDIT: Zapraszam Was do polubienia strony mojego bloga na facebooku: TUTAJ :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Stosik sierpniowy

Dziś publikuję swój stosik, co prawda z lekkim opóźnieniem, bo sierpień już powoli zbliża się ku końcowi, a i część z prezentowanych książek już przeczytałam, ale mimo to uznałam, że lepiej późno, niż wcale. :)


Tak więc zacznijmy od góry:

Patrick Süskind – „Pachnidło. Historia pewnego mordercy”
Książka jest moją własnością, kupiłam ją za psie grosze w antykwariacie na allegro. Przeczytałam ją już dość dawno temu i porządnie mną wstrząsnęła. Recenzja niebawem. :)

Suzanne Collins – „Igrzyska śmierci”
Cóż mam powiedzieć, swoim starym zwyczajem poczekałam, aż największy szał na serię pani Collins minie i dopiero wtedy się za nią rozejrzałam. Książkę znalazłam przy okazji odwiedzin u siostry, na jej półce, a że słyszałam miliony pozytywnych opinii na temat „Igrzysk”, nie wahałam się ani moment, by ukraść je siostrze na pewien czas. ;)

Suzanne Collins – „W pierścieniu ognia”
Jak wyżej.

Krystyna Kuhn – „Gra”
Seria „Dolina” dość długo leżała na mojej półce, nim w końcu doczekała się, bym wzięła ją do ręki. „Grę” już przeczytałam, teraz czeka na recenzję.

Krystyna Kuhn – „Katastrofa”
Tom drugi „Doliny”. Reszta jak wyżej. :)

Agnieszka Grzelak – „Herbata szczęścia”
Bajeczna powieść, którą wygrzebałam na strychu (kto ją tam schował?!). Dopiero co skończyłam czytać, recenzja już napisana, więc pewnie niebawem pojawi się na blogu.

J.R. Ward – „Mroczny kochanek”
Pożyczony od siostry pierwszy tom serii „Bractwo Czarnego Sztyletu”. Nie wiem, co myśleć o tej książce, mam co do niej jakieś dziwne przeczucia (niestety negatywne), więc póki co leży na półce. Planuję przeczytać po skończeniu „Igrzysk śmierci”.

„Katarzyna Gubała – „Faceci z sieci, czyli w poszukiwaniu miłości”
Przeczytane już romansidło (obyczajówka), które dostałam w prezencie. Recenzja się pisze. ;)

Na chwilę obecną to wszystko. Za dwa tygodnie z powrotem otworzą moją bibliotekę (póki co wspaniała pani Dorotka jest na urlopie, a nie ma kto jej zastąpić), więc będę mogła przynieść nowe książki, którymi na pewno się pochwalę. A na razie jest co czytać.

Do napisania!

niedziela, 17 sierpnia 2014

102. John Marsden - "Jutro 2. W pułapce nocy" [2]

z serii "Jutro"


wyd. Znak, stron 269

Ellie, Fi, Robyn, Chris, Homer i Lee przebywają w swojej kryjówce w górach i bardzo martwią się o Kevina i Corrie. Chcą ich odbić z rąk najeźdźcy, jednak okazuje się, że to wcale nie będzie takie proste. Ponadto mają nadzieję znaleźć innych ukrywających się ludzi, by móc z nimi zjednoczyć siły. Nastolatkowie nie są już tymi samymi ludźmi, co przed inwazją, a ich sytuacja stale się pogarsza…

„Jutro 2. W pułapce nocy” różni się od pierwszego tomu. Wtedy była to książka przygodowa z elementami thrillera. Teraz mamy do czynienia z, według mnie, prawdziwym thrillerem, może sensacją. Nie ma miejsca na przygody nastolatków biwakujących sobie w górach. Jest za to walka o przetrwanie, wojna, strach przed śmiercią i coraz mniejsza nadzieja.

Nie chcę się rozpisywać nad fabułą, ponieważ musiałabym zdradzić Wam dość sporo epizodów z pierwszego tomu. Mogę śmiało powiedzieć jednak, jak duża zmiana zachodzi w bohaterach. Coraz trudniej dostrzec w nich grupę zagubionych nastolatków, prędzej żołnierzy walczących o swój kraj, rodziny i przyjaciół. W tej serii podoba mi się właśnie to, że historia ta mogłaby zdarzyć się naprawdę i że faktycznie mogłaby mieć taki przebieg. Że faktycznie mogłoby być kilkoro takich nastolatków tworzących ruch oporu, przestraszonych, ale zdeterminowanych, by walczyć.

Książka jest pełna akcji i ciągłych emocji. Wciąż coś się dzieje, więc czytelnik nie ma czasu się nudzić. Osobiście czytałam z zapartym tchem, nawet nie zauważając, że książka się kończy.

Po lekturze „Jutra 2” od razu nabrałam chęci na trzeci tom. Jestem ogromnie ciekawa, co dalej.

Okładka przedstawia naszych bohaterów biegnących przez łąkę, może pole, w świetle księżyca, „w pułapce nocy”.


Ocena: 5/6

Poprzedni tom:

środa, 13 sierpnia 2014

101. Agatha Christie - "Śmierć na Nilu"


wyd. Dolnośląskie, stron 336


Herkules Poirot w końcu decyduje się na urlop. Wybiera się na rejs Nilem. Niemalże od razu staje się świadkiem dramatycznych zdarzeń.
Statkiem płynie młode małżeństwo, Linnet i Simon Doyle, a ich podróż poślubną psuje również przebywająca na statku Jacqueline de Bellefort, była przyjaciółka Linnet, której ta odebrała ukochanego. Wszyscy pasażerowie wyczuwają napiętą atmosferę. A sprawy komplikują się, gdy Simon zostaje postrzelony, Linnet zabita, a prześladująca ich Jacqueline ma na ten czas niepodważalne alibi…
Kto zamordował Linnet? Czy pozostali pasażerowie są bezpieczni? Jaką rolę w wydarzeniach mających miejsce na statku odegrają luksusowe perły Linnet?

Wreszcie znalazłam książkę Christie, która pochłonęła mnie bez reszty! Choć z początku nieco mnie nudziła, ponieważ akcja rozwijała się niezwykle powoli, później wszystkie wydarzenia ruszyły pełną parą! Długi wstęp okazał się całkowicie uzasadniony i znalazł odzwierciedlenie w dalszym ciągu książki.

Autorka bardzo dokładnie przemyślała każdy fragment napisanej przez siebie historii. Zagadka jest złożona, oczywiście nie sposób wpaść na to, kto jest zabójcą Linnet. Podejrzany jest każdy podróżujący statkiem. Poirot stoi przed nie lada wyzwaniem. Oczywiście spisuje się wspaniale, a rozwiązanie okazuje się takie proste…

Christie ukazała złożoność ludzkich umysłów i charakterów. Każda postać jest ciekawa, niemalże każda coś ukrywa, komplikując jeszcze bardziej sprawę. W książce mamy ponadto kilka zwrotów akcji, które burzą całą budowaną przez czytelnika koncepcję i nakazują powrócić mu (i Poirotowi) do punktu wyjścia. Zakończenie jest nieprzewidywalne i nawet, gdy zabójca zostaje ujawniony, i tak czeka nas jeszcze jedno zaskoczenie.

Książka jest dobrze wydana, zauważyłam co prawda jeden błąd ze strony wydawcy – tekst na jednej ze stron jest jakiś taki… rozjechany. Okładka nawiązuje do podróży statkiem po Egipcie. Niezbyt mi się podoba, ale jest dość charakterystyczna dla książek Christie wydawanych przez wydawnictwo Dolnośląskie.

Póki co jest to najlepszy kryminał, jaki przeczytałam. Coraz bardziej „nakręcam się” na twórczość mojej imienniczki, wręcz nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po następną jej książkę. Nawet Poirot nie irytuje mnie tak, jak kiedyś. 

Polecam fanom gatunku.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

100. P.C. Cast i Kristin Cast - "Ukryta" [10]

z serii "Dom Nocy"


wyd. Książnica, stron 320

Kłamstwa i zbrodnie Neferet wyszły na jaw. Świat wampirów pogrąża się w chaosie. Dobrzy stają się złymi, źli przechodzą na jasną stronę bogini Nyks. Zoey nie wie, komu może zaufać. Na dodatek ciągle prześladuje ją myśl, że w mrocznym narzędziu Neferet, Auroksie, dostrzegła duszę zmarłego Heatha. Tymczasem Neferet ponawia swój atak na Dom Nocy...
Czy Zoey da sobie radę z byciem Najwyższą Kapłanką? Jak poradzi sobie z przytłaczającą ją myślą o Heathu? I czy uda się jej razem z przyjaciółmi unicestwić Neferet?

Wydaje mi się, jakbym wczoraj zagłębiła się w „Naznaczoną”, a tymczasem dzisiaj już skończyłam dziesiąty tom. P.C. Cast i Kristin Cast to bardzo „płodne” autorki – piszą dużo, w krótkich odstępach czasowych. Ale czy nie oznacza to jednocześnie, że seria staje się zbytnio rozwlekła i pisarki zwyczajnie się wypalają?

Już kilka tomów wstecz styl pisania się zmienił: oprócz Zoey wypowiadającej się w pierwszej osobie, rozdziały są pisane także oczami innych bohaterów. Fragmenty te są oddzielone tytułami z imieniem bohatera, a narracja w tych miejscach jest trzecioosobowa. Nie wiem, czy poprawiło to jakość serii... Z jednej strony dowiadujemy się więcej o tym, co dzieje się w kilku miejscach jednocześnie (w końcu Zoey nie potrafi się dwoić i troić, nawet pomimo swoich i tak niezwykłych umiejętności). Z drugiej jednak strony zabieg ten niezbyt przypadł mi do gustu. Może dlatego, że części niektórych bohaterów niezbyt mnie interesowały i ogólnie rzecz biorąc niewiele wnosiły do fabuły.

Skoro już wspomniałam o rozwoju akcji... to według mnie także pozostawia wiele do życzenia. O tym, że Neferet jest zła, wiemy już od kilku tomów. Tymczasem trzy czwarte książki czytamy o tym, że Neferet jest zła i fajnie by było jakoś ją unicestwić. W międzyczasie pojawiają się rozterki Zoey, wspomina się o Auroksie, który toczy wewnętrzną walkę między swoją dobrą i złą stroną, obserwujemy koniec przyjaźni Bliźniaczek... ale to tylko epizody. Akcja, standardowo, przyspiesza pod koniec (Neferet jest zła, zrobiła Zoey kuku, więc pora się za nią wziąć). I nagle się kończy. Bez nieoczekiwanego zakończenia zapierającego dech w piersiach, bez żadnej zachęty do sięgnięcia po następny tom, zwłaszcza dla czytelników zmęczonych tą serią (czytaj: mnie). Bohaterowie też się zmienili. Zrobili się jacyś tacy... bezosobowi. Rozumiem, świat wampirów jest pogrążony w wojnie z Ciemnością, ale to chyba nie powinno odbierać wszystkim postaciom ich osobowości? Mam nadzieję, że w następnym tomie będzie lepiej, ponieważ zaczyna naprawdę ziać nudą. Dobrze, że chociaż moja ulubiona, wredna, temperamentna i rozpieszczona Afrodyta pozostała sobą.

Oczywiście sięgnę po następny (jedenasty!) tom, po dziesiątym nie wypada się poddać. Ale ten raczej mnie nie urzekł.

Okładka wyjątkowo mi się podoba. Mroczna, ukazująca zawziętą, poważną i dojrzałą do walki dziewczynę.


Ocena: 3-/6

***

Setna recenzja! Biorąc pod uwagę mój słomiany zapał, to naprawdę świetny wynik, z którego jestem bardzo dumna! :)

czwartek, 24 lipca 2014

99. Olga Paluchowska-Święcka - "Prosektorium"


wyd. Prószyński i S-ka, stron 327

Natasza kończy studia, a dorywcze prace w modelingu nie wystarczają jej. Odpowiada więc na ogłoszenie dotyczące pracy administracyjnej w przyszpitalnym prosektorium.
Początkowo przerażona, z czasem oswaja się ze swoją pracą. Uczy się postępowania z ciałami, radzi sobie z dokumentacją, zaczyna także zajmować się dokumentacją medyczną całego szpitala. Poznaje wielu ludzi, zazwyczaj samotnych i dotkniętych cierpieniem i chorobami. Widok ten zmusza ją do refleksji nad sensem życia i poszukiwania swojego miejsca na świecie.
Jak nowa praca zmieni Nataszę? Jakie znaczenie będzie dla niej miała znajomość z Hasmikiem? I czy uda jej się znaleźć miłość?

„Prosektorium” pożyczyłam od siostry zachęcona jej wspaniałą opinią o książce. Zerknęłam też na oceny na „lubimy czytać” i pomyślałam: coś dla mnie! Czy faktycznie książka przypadła mi do gustu?

„Prosektorium” to debiut literacki Olgi Paluchowskiej – Święckiej. Myślę, że całkiem udany, chociaż opierając się na opiniach innych i opisie z tyłu książki spodziewałam się czegoś zupełnie innego. W książce ukazanych jest mnóstwo problemów ludzkich. Choroby, śmierć, cierpienie rodzin opłakujących stratę kogoś bliskiego. Problem samookaleczania. Ludzkie fetysze. W pewnym momencie pomyślałam, że kontrowersyjnych problemów jest zwyczajnie za dużo! Czytałam długie opisy i monologi głównej bohaterki lekko znudzona, nagle wyskakiwał kolejny trudny wątek, a ja myślałam: „Co?! Jeszcze do tego wszystkiego homoseksualizm?”. Po pewnym czasie zaczęło mnie to wszystko przytłaczać.

Zakończenie również bardzo mnie zdziwiło. Kompletnie go nie zrozumiałam. Było według mnie wyrwane z kontekstu, niewyjaśnione i przymuszone, tak, jakby autorka nie miała już ochoty pisać. Ponadto zaobserwowałam kilka błędów literowych w wydaniu.

Okładka za to jest według mnie dość ujmująca. Ta kobieta... w prosektorium. Brr!


Ocena: 3/6
>