wtorek, 30 grudnia 2014

118. Arthur Conan Doyle - "Studium w szkarłacie"

z serii "Sherlock Holmes"


Wyd. Rytm, stron 138

Doktor John Watson jest lekarzem wojskowym, który powrócił z misji w Afganistanie w beznadziejnej kondycji zdrowotnej. Ma kłopoty finansowe, więc rozpaczliwie poszukuje taniego mieszkania, by wyjść na prostą. Nieoczekiwanie poprzez starego znajomego dowiaduje się o mężczyźnie poszukującym współlokatora do niedużego mieszkania przy Baker Street 221B. Tym oto sposobem John poznaje Sherlocka Holmesa, detektywa-konsultanta, który wprowadza niemały zamęt w życie lekarza, angażując go w rozwiązywanie kryminalnej zagadki z wykorzystaniem sztuki dedukcji, w której istnienie Watson nie chce uwierzyć. Mężczyzna szybko zmienia jednak zdanie, całkowicie zafascynowany nadzwyczajnością swego współlokatora.

Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie słyszał o Sherlocku Holmesie! Jest ktoś taki? Historia genialnego detektywa oraz podążającego za nim doktora Watsona jest tak znana, że nawet osoby nie mające pojęcia, kim był Arthur Conan Doyle kojarzą, o jakich bohaterów chodzi.

Lubię czasem poczytać kryminały, powieści detektywistyczne, ale szczerze się przyznaję, że nigdy nie zależało mi szczególnie na zapoznaniu się z Holmesem. Z grubsza wiedziałam, kim jest, kiedyś grałam z siostrą w detektywistyczną grę komputerową „Przebudzenie” (polecam!), urywkami oglądałam jedną z nowszych ekranizacji, w której główne role grali Robert Downey Jr oraz Jude Law. Ani jedno, ani drugie, nie rozbudziło we mnie chęci dokładnego poznania historii dziwacznego dziada z fajką w zębach, za którym jak piesek biega doktorek nie mający nic ciekawszego do zrobienia w życiu.

A później w recenzjach Marthy Oakiss (również polecam, zarówno bloga, jak i booktuba!) zaczęły pojawiać się wzmianki o Sherlocku. Dotyczyły głównie serialu BBC z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem w rolach głównych, ale z czasem Martha zaczęła również recenzować Sherlocka „pisanego”. A mnie ciekawiło jedno: co takiego jest w Sherlocku, że wzbudził aż taką fascynację?  Najpierw obejrzałam serial. Pierwszy odcinek, drugi… Szybko stwierdziłam: Sherlock Holmes jest niesamowity! To fascynujący bohater, na dodatek świetnie grany przez Cumberbatcha (ten głos!). Niestety, serial się skończył (póki co), a ja naprawdę niezadowolona tym faktem zasiadłam do mini-wigilii, którą urządziłyśmy ze współlokatorkami w akademiku. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dzięki jednej z nich pod naszą malutką choinką znalazłam „Studium w szkarłacie”!

Jeżeli ktoś z Was przetrwał mój pozbawiony ładu bełkot, to naprawdę podziwiam – na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że naprawdę próbowałam się hamować i nie przekształcić tej recenzji książki w odę do serialu. A to wcale nie było proste.

Szczerze się przyznam, że nie wiem, jak wyglądałaby moja recenzja, gdybym nie sięgnęła przed lekturą po ekranizację. Jako że zawsze uważałam Sherlocka Holmesa za „dziwacznego dziada z fajką w zębach” (Boże, cytuję sama siebie), to na pewno byłaby bardziej obiektywna, niż w momencie, gdy czytając o dziewiętnastowiecznym Londynie przypominam sobie podobne sceny w wykonaniu Bena (który dziadem raczej nie jest). Czasu jednak nie cofnę, serial obejrzany, więc obiektywne patrzenie na książkę jest utrudnione.

„Studium w szkarłacie” jest bardzo cienką książką, ze stosunkowo dużą czcionką, więc od razu możecie się domyślić, że czyta się szybko. Na początku poznajemy doktora Johna Watsona, wojskowego lekarza, powracającego do zdrowia po misji w Afganistanie. Pierwsza część książki jest przedrukiem jego dziennika, w którym opowiada o tym, jak poznał Holmesa. Rozwiązują razem pierwszą zagadkę. Watson nie może wyjść z podziwu: skąd Sherlock to wszystko wie? Rozejrzał się po miejscu zbrodni i w y d e d u k o w a ł, że zabójca miał rumiane policzki. Dziwne? Dziwne, do czasu, aż Sherlock wyjaśnia co, jak i dlaczego, a Ty pukasz się w czoło i myślisz „No jasne, przecież to oczywiste!”. I właśnie taka jest pierwsza część książki. Przeczytałam ją w godzinkę, pełna podziwu dla autora (tak, autora) za to, że stworzył tak niezwykły sposób rozwiązania zagadki, znacząco różniący się od sposobów postępowania policji czy innych detektywów.

W drugiej części książki, według mnie nieco nudniejszej, ale również przeczytanej przeze mnie bardzo szybko, poznajemy historię mordercy i motywy jego postępowania. Jest to świetnym uzupełnieniem części pierwszej i dokładnie wszystko wyjaśnia, rozwiązując niejasne wątki.

Sherlock Holmes jest intrygującym bohaterem. Bardzo chętnie – już nawet nie tylko przez wzgląd na serial – poznam inne opowieści o detektywie i towarzyszącym mu doktorze Watsonie. Polecam każdemu zapoznanie się z twórczością Doyla; jest łatwa w odbiorze, czyta się szybko, akcja gna do przodu… Zachęcam!

Ocena: 5/6

***

Hmm, kiedy minął ten rok?

Mam duuużo nowych książek, więc niebawem stosik! :)

3 komentarze:

  1. Czuję się taka wpływowa ^^ Cieszę się, że Sherlock Ci się spodobał i widzę, że mamy podobne odczucia na temat tej pierwszej nowelki. Teraz możesz śmiało do mnie dołączyć i szerzyć uwielbianie do Sherlocka i głosu Benedicta :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym panem akurat miałam mało do czynienia :)

    OdpowiedzUsuń

Przeczytałeś? Skomentuj! Chętnie poznam Twoją opinię. :)
Podpisz się! Komentarze anonimowe bez względu na treść będą usuwane.

>